Czas się zatrzymał, a oni tańczyli i tańczyli

Dziś bardziej niż kiedykolwiek czuję, że słowa są bezsilne wobec tańca – jego magii, piękna, niedopowiedzeń, linii, przestrzeni, a wreszcie emocji, jakie wzbudza. Nie znaczy to jednak, że nie warto, czy nie ma potrzeby popróbować przelać na papier (czy raczej na tę wirtualną kartkę) swoich wrażeń. Ogromu wrażeń, jakie pozostawiła po sobie premiera Ech czasu zaprezentowana 17 listopada przez Polski Balet Narodowy. Przed premierą oraz w programie do spektaklu dyrektor Krzysztof Pastor podkreślał, że ten wieczór, bardziej niż inne dotychczas, jest raczej próbą pokazania naszych warszawskich tancerzy w wybranym dla nich bardzo wymagającym repertuarze, niż pokazaniem repertuaru opowiadającego jakąś historię w wykonaniu tancerzy PBN. Jest w tym silny akcent położony na JAKOŚĆ warszawskiego zespołu, na jego rozwój i jego udokumentowanie tą premierą, na wskazanie, że nie po to zmienia się i przebudowuje strukturę zespołu i zatrudnia nowych tancerzy, żeby tańczyli to, co do tej pory, ale aby oni mogli tańczyć wszystko. Podczas premiery udowodnili to najdobitniej, jak mogli.

Wbrew pozorom wieczór złożony z trzech współczesnych (w każdym razie XX- i XXI-wiecznych) choreografii nie był aż takim wyzwaniem dla publiczności, był za to olbrzymim wyzwaniem dla tancerzy. Stylistyka wszystkich trzech choreografii była klarowna i dość „przyjazna” dla widza, który jest gotów oglądać coś więcej niż tylko bardzo tradycyjny spektakl z akcją. Był to za to wieczór bardzo wyczerpujący, wymagający nie tylko znakomitego przygotowania technicznego i wyrazowego, ale również kondycyjnego od wszystkich biorących w nim udział artystów. Warto podkreślić, że w niemal wszystkich choreografiach powtarzała się spora część składu solistycznego, co za tym idzie niektórzy artyści wychodzili na scenę dwa albo i trzy razy. Wszystkie choreografie łączyło jeszcze parę cech. Przede wszystkim twórcze posłużenie się, przetworzenie i wykorzystanie techniki tańca klasycznego (każda trochę inaczej, w trochę inny sposób łamała zasady klasyczne jednocześnie respektując piękno linii, grę sylwetką, kobiecy taniec na pointach, klasyczne pozycje i port de bras). Każda z nich była niezwykle „muzykalna”, czyli wtapiająca się, czy raczej stapiająca z muzyką. Nigdzie też nie była to „prosta muzykalność”, czyli „co nutka, to kroczek”. O nie, była to muzykalność trudna, inteligentna, czasem (u Ashley’a Page’a) dowcipna nawet. W Century Rolls mimo pozornej lekkości, muzyka Adamsa nie pozostawiała żadnego zaczepienia tancerzom – zmienność tempa, brak akcentów… a jednak okazała się nad wyraz taneczna. W Moving Rooms Krzysztof Pastor niby miał łatwiejsze zadanie, zwłaszcza w części do muzyki Góreckiego, ale narastające tempo i miażdżąca powtarzalność tej kompozycji stawiała poprzeczkę bardzo wysoko. Artifact Suite do muzyki bardzo różnych kompozytorów jest intelektualnym poematem tanecznym, często opartym na zasadzie kontrapunktu tańca i muzyki. Trudno tu wartościować – każdy z choreografów znalazł inną drogę do mistrzowskiej interpretacji wybranych kompozycji.

Najbardziej zaskakujące okazały się dla mnie wybory artystyczne Ashley’a Page’a, co nie znaczy, że zaskoczenie to miało jakiś negatywny wymiar. Było raczej frapujące. Choreograf poszedł dość prostą drogą skojarzeń bezpośrednich: z czasami powstania kompozycji, z wypowiedziami samego kompozytora, który wspominał o „pianolowej” stylistyce swojego dzieła. Twórcy choreografii (stworzonej specjalnie dla PBN) przenieśli te skojarzenia na scenę wprost. Tłem tanecznych ewolucji są paski z pianolowym zapisem muzyki w postaci kropek i kresek (wytłoczonych lub wyciętych). Jest też futuryzm – w kostiumach, światłach i ruchu tancerzy. Jest też „amerykańskość”, bezpretensjonalność i radość, które kojarzą się z tą muzyką. Tu nie chodzi o żadne głębokie idee, nie mamy tu poszukiwać prawd objawionych, ani drugiego dna. Jest taniec zjednoczony z muzyką, czerpiący z doświadczeń baletu amerykańskiego, przede wszystkim z dorobku George Balanchine’a z jego czystymi liniami żeńskiej grupy i parami solistów oraz niepodzielnie królującą solistką na pierwszym planie – dumną, wysoką, dominującą. W tej partii rzeczywiście królowała na scenie Marta Fiedler – wyrazista, posągowa a jednocześnie dynamiczna. Trzy pary, które na tle muzyki Adamsa opowiadały swoje „historie”, to coś niby trzy temperamenty. W ich tańcu, zwłaszcza pierwszej pary (Emilia Stachurska i Maksim Woitiul) było dużo z Broadwayu, z Robbinsa, z West Side Story. Ta sama energia, a nawet siła, inspiracje tańcem towarzyskim tamtych czasów, ten nieuchwytny luz. Druga para (Izabela Milewskai Paweł Koncewoj) to typ bardziej liryczny, ale także i wesoły, brawurowy. Trzecia – Yuka Ebihara i Sergey Popov – stanowczo najbardziej romantyczno-melancholijna, ale także zachwycająca lekkością swego tańca. Co ciekawe, u Page’a taniec dzieli się jakby na dwa aspekty – lekkość partii solowych i przedziwna fizyczność partnerowań i podnoszeń. Nie znaczy to, że są  one ciężkie, ale w przeciwieństwie do większości choreografów, nie stara się on ukryć mechanizmu, za pomocą którego między parą tancerzy dzieje się to, co się dzieje – tych wszystkich chwytów i dźwigni. Właśnie to stwarzało wrażenie futuryzmu tańca – jakbyśmy zaglądali do wnętrza dobrze naoliwionej maszyny. Parę osób narzekało na to, że Century Rolls było takie „nienowoczesne”. Wiem, o co chodzi – nie było aż takiej czystości, wysublimowania ruchu, nie było tez intelektualnej ideologii. Myślę jednak, że nie to jest wyznacznikiem „nowoczesności” – to tak, jakbyśmy uważali, że tylko architekci tworzący ze szkła, aluminium i betonu są nowocześni, a ci, którzy nadal używają kamienia i drewna – nie. Tymczasem ja odebrałam Century Rolls jako udaną, na poły żartobliwą, bardzo sprawną i wdzięczną stylizację, spójną z wybranym dziełem muzycznym. I obejrzałam ją z niekłamaną przyjemnością.

Moving Rooms, gdyby mierzyć powodzenie poszczególnych części wieczoru natężeniem oklasków, odniosły największy sukces. Rzeczywiście, można się pokusić o stwierdzenie, że Pastor zbliżył się tu do ideału współczesnej choreografii tego typu – na niedużą grupę tancerzy, twórczo posługującą się klasycznym językiem tańca, surową aranżacją scenicznej przestrzeni, niby bez „przypowieści”, ale z ogromnym i otwartym polem do interpretacji. Dla mnie największą zaleta jest tu ascetyczność środków scenicznego wyrazu w połączeniu z uwypukleniem piękna ciał tancerzy i piękna klasycznych pas uplastycznionych nieco przez wpływ modernu. Tu nie liczy się kostium, nie liczy się nawet aktorstwo (choć w innych przypadkach, jak w Century Rolls bardzo je sobie cenię) – to była czysta przyjemność z oglądania tańca, poruszających się, interpretujących muzykę ciał, ciał odpowiadających na wezwanie i wyzwanie, jakie stawia im muzyka. Wyłuskiwane z mroku przez zmieniające się światła sylwetki były fizyczne i plastyczne. Narastający puls muzyki, zwłaszcza w koncercie klawesynowym Góreckiego zdawał się nie pozwalać tak tancerzom, jak i publiczności na zaczerpniecie oddechu, jakby wszystko działo się w jednym mgnieniu oka, a jednocześnie trwało i trwało w czasie. Oczywiście była jeszcze gra w światło i ciemność, czerń i jasność kostiumu, w szachowe pola, owe poruszające się przestrzenie, czy pokoiki oświetlone ciepłym światłem. Tu każdy mógł się pokusić o własną interpretację, kto jest kim i jak się zmienia wraz ze swoją pozycją na scenie, kolorem kostiumu, przynależnością do grupy. No i ostatni, robiący chyba największe wrażenie na widzach walor tej choreografii:, ogromna energia połączona z równą jej, absolutną precyzją ruchu, w tym synchronizacja tańca całej grupy. Trudno wyróżnić kogoś spośród wykonawców, bo tu każdy był solistą (jak kiedyś pisałam o The Green Eda Wubbe). Oczywiście niesamowity był Carlos Martin Perez w swoich solo – muskularna ożywiona rzeźba, wypełniona żywym płomieniem. Piękni byli w swym płynnym i giętkim duecie Maria Żuk i Vladimir Yaroshenko, a także bardzo fizykalni, splatający się i rozplatający Aneta Zbrzeźniak i Adam Kozal. Niezwykłą radość sprawiły mi ogólnie obsady tego wieczoru – tak, jakby nagle ktoś odczytał wszystkie moje marzenia, oceny i najdawniejsze przekonania, i oddał każdemu z tancerzy to, co chciałabym, aby otrzymał już dawno. Bardzo ucieszyły mnie świetne występy w tym wieczorze Patryka Walczaka, Emilii Stachurskiej, pojawianie się w solowej partii w Century Rolls (obok Bartosza Anczykowskiego) Oskara Świtały. W partiach solowych z równą lekkością świeciły tryumfy młode gwiazdy zespołu, jak i gwiazdy od lat stanowiące jego filary. Wykorzystano zarówno talent i plastyczne możliwości Yuki Ebihary, jak i mistrzostwo, wdzięk i niezmienną świeżość Izabeli Milewskiej. No i ten Perez!!! To cieszy.

Artifact Suite Williama Forsythe’a była ukoronowaniem nie tylko tego wieczoru, ale i chyba dotychczasowej pracy Krzysztofa Pastora w warszawskim zespołem. PBN po prostu jeszcze nie tak dawno, przy całej swojej ciężkiej pracy i nieustających postępach, tak by tego nie zatańczył. Ba, ten zespół nigdy jeszcze aż tak nie tańczył! I chodzi tu o zespół, nie o solistów, którzy zawsze w jakiś tam sposób zachwycali publiczność swoimi talentami, osobowościami, charyzmą. Tu stawał w szeregu solista obok członka corps de ballet i wszyscy tworzyli jedno ciało, jeden łańcuch tańczących ciał i dusz. Jak napisałam wyżej, balet Forsythe’a to tańczący intelekt – chłodny, perfekcyjny, grający trochę skojarzeniami z wielką klasyką, trochę ze współczesną bezduszną mechanizacją, masą i tłumem bezosobowych jednostek. Ale są tu też perfekcyjne układy zaburzające ten chłód, rozpadające się grupy, plastyczność duetów (znakomici Marta Fiedler i Robert Bondara oraz porażający Maria Żuk i Vladimir Yaroshenko). Są ewolucje grup zmieniających kierunki i płaszczyzny ruchu, jak stada ptaków w powietrzu lub ławice ryb w wodzie. Nieustanny ruch w kontrapunkcie do muzyki, nagość i bezlitosność obnażonej sceny z otwartymi kulisami… Tak, ten balet jest bezlitosny, mnie wdeptał w ziemię swoim chłodem, nienagannością, perfekcją (także wykonania). Nie mogę oczywiście nie wspomnieć krótkiej, ale niezwykle na tym tle „ognistej” solówki w wykonaniu Maksima Woitiula – ten tancerz każdym swoim pojawianiem się na scenie wnosi coś niby błysk pioruna, tak świadomie jest, tak intensywnie istnieje we wszystkim, co robi. Tu jednak olbrzymie pochwały należą się całemu zespołowi – nie potrafię sobie wyobrazić, jakiego nakładu pracy, ilu prób i jak znakomitej pamięci ruchowej wymaga opanowanie Artifact Suite. Ta choreografia, to nagroda, to dyplom i pasowanie – na zespół światowego formatu.

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika