Obsesyjnie wielbiąc taniec

Nasza publiczność nie przepada za wieczorami baletowymi. Odkąd chodzę do teatru (a jest to już ponad 30 lat!) niewiele się w tej kwestii zmienia. Kiedy jeszcze na afiszu pojawia się jakieś popularne i sławne nazwisko można liczyć, że wieczór będzie się cieszył jakim takim powiedzeniem, ale i tak zostanie pokazany zaledwie kilka razy – bo i nazwisk znanych polskiemu szerokiemu widzowi nie ma zbyt wiele – może Bejart, może Ejfman…. Dla baletomana wieczory baletowe są doskonałą okazją, by po pierwsze przy jedynym wyjściu do teatru poznać dzieła kilku choreografów lub kilka różnych choreografii tego samego autora, po drugie – w kilku krótszych formach zobaczyć przegląd różnych tancerzy, czasem nie tylko stałych gwiazd zespołu. Jednym słowem wieczory baletowe poza zwykłą estetyczną i emocjonalną przyjemnością ich oglądania dostarczają wiedzy, którą miłośnicy baletu gromadzą podążając tropem swojej pasji.

Są też wieczory baletowe, które pozwalają zachować i prezentować choreografie, które wcześniej pojawiały się w innych zestawieniach, a teraz połączone z czymś nowym, czymś starym (brak tylko czegoś pożyczonego i czegoś niebieskiego) tworzą nową wartość i funkcjonują w repertuarze. Dokładnie tak jest w przypadku wieczoru Obsesje Polskiego Baletu Narodowego, który pojawił się w sobotę 29 marca na scenie kameralnej Teatru Wielkiego. Umowny tytuł mający w różnych kontekstach połączyć trzy choreografie zaskakująco dobrze oddaje charakter tego wieczoru, ale w sensie pozytywnym – obsesyjnie, czyli do granic, wypełnionego tańcem, emocjami, energią płynącą ze sceny i pod koniec zmuszającą widzów do okrzyków zachwytu, pisków i podnoszenia się z miejsc.

Przyznaję, że mnie samej serce przyspieszało już na długo przed premierą – w skład wieczoru wejść miały dwie choreografie, do których mam stosunek osobisty, emocjonalny, nieledwie wielbiący. Po latach znów mieliśmy oglądać Powracające fale – choreografię Emila Wesołowskiego z 1997 roku do muzyki Mieczysława Karłowicza, a po niedługiej, na szczęście, przerwie także Moving Rooms Krzysztofa Pastora, poprzednio prezentowane w ramach wieczoru Echa czasu. Status premiery nadać miało wieczorowi nowe dzieło dyrektora PBN Adagio & Scherzo z muzyką Franza Schuberta. Po premierowym spektaklu mogę tylko powiedzieć, że gdyby każdy „niedzielny” widz Opery Narodowej zaryzykował i obejrzał Obsesje, to zapewne przytłaczająca większość polubiła by formę wieczorów baletowych i przekonała się do współczesnego baletu w ogóle (o ile jeszcze przekonana nie jest). Aż szkoda, że Obsesje oglądamy w sali kameralnej, choć z drugiej strony nauczona doświadczeniem z wybitnymi wieczorami baletowymi, na których nie udało się wypełnić widowni Sali im. Moniuszki, przypuszczam, że mimo największych zachwytów tych, co byli i widzieli, także tu trzeba by było borykać się z problemem frekwencji. Może więc lepiej, że na Obsesje do końca sezonu trudno jest dostać bilety z powodu szczupłości widowni Sali im. Młynarskiego.

Jeśli tylko bilety się pojawią, albo będzie okazja w nowym sezonie, to bezwzględnie warto zobaczyć Obsesje. Najpierw Adagio & Scherzo Pastora – przejrzyste, popisowe, roztańczone. Krzysztof Pastor to mistrz duetu, a w tym balecie duety splatają się i rozplatają, to właściwie jeden wielki duet złożony z wielu mniejszych w wykonaniu czterech par. Pary te wyłaniają się z masy  upozowanej niby grupa rzeźbiarska. Maria Żuk i Robin Kent, Yuka Ebihara i Vladimir Yaroshenko, Aleksandra Liashenko i Maksim Woitiul oraz Emilia Stachurska i Paweł Koncewoj tworzą duety nacechowane różną temperaturą, choć o żadnej „akcji”, czy oczywistej relacji pomiędzy partnerami nie może być mowy. To raczej ciąg tanecznych koniunkcji i rozejść – z ciekawości, w poszukiwaniu czegoś nowego, innego, chwili ekscytacji… jednak ostatecznie partnerki powracają do swoich tancerzy. Celowo piszę „partnerki”, bo to kobiety w tym balecie wybierają – podchodzą do tancerzy, przyglądają się, odchodzą i wracają. I choć i soliści, i solistki mają tu olbrzymie pole do popisu w splatających się podnoszeniach, partnerowaniach, wysokich skokach i nieskończonych się piruetach, to jest to hołd złożony balerinom. Choreograf zdradzał przed premierą, że obok muzyki Schuberta wielką inspiracją byli dla niego ci konkretni tancerze zespołu PBN, ich osobowości artystyczne i nie tylko. To widać! Kto zna najlepsze kreacje i „mocne strony” każdej z naszych utalentowanych tancerek, ten wyłapie, że właśnie owymi mocnymi stronami muszą się posługiwać w tej choreografii. Trudno kogokolwiek wyróżnić, trzeba pochwalić wszystkich bez wyjątku – byli znakomici. Sekwencje, w których wspólny synchroniczny taniec wykonują Maria Żuk i Yuka Ebihara zapierały dech. Po raz kolejny wirtuozowski duet stworzyli Maksim Woitiul i Aleksandra Liashenko, której szpagatowe skoki i niezachwiana równowaga dała choreografowi możliwość nieprzejmowania się poziomem trudności, jaki narzucił. Obrazu dopełniała para Emilia Stachurska – Paweł Koncewoj oraz Robin Kent i Vladimir Yaroshenko. Można powiedzieć, że dla Stachurskiej występ w premierze Adagia… to kolejny po roli w Śnie nocy letniej wyraz artystycznego awansu tej tancerki. Trzeba jeszcze koniecznie powiedzieć parę pochlebnych słów o oprawie plastycznej baletu – równie, jak on umownej, wysmakowanej i organicznie z nim złączonej. Gra świateł na trzech ścianach scenicznego pudełka, kolorystyka wzięta trochę z obrazów Marka Rothko i eleganckie kostiumy utrzymane w ciemnej palecie budują skupienie i nieco abstrakcyjny kształt całości. Warto podkreślić, że kostiumy zaprojektowała Marta Fiedler, na co dzień jedna z czołowych solistek PBN, od lat przygotowująca kostiumy dla tancerzy w trakcie warsztatów Kreacje. Ten oficjalny debiut dobrze wróży, bo kostiumy w Adagio & Scherzo, podobne, acz z indywidualnym rysem, subtelne w swojej prostocie były niewątpliwie wartością dodaną do sumy wrażeń estetycznych.  

Powracające fale to dla mnie balet wciąż żywy (w pamięci), a jednocześnie trochę już trochę mityczny – choreografia, która wywarła na mnie duże wrażenie, wywierała zawsze, za którą tęskniłam, choć trudno nazwać jej oglądanie przyjemnym. Wiwisekcja rozpadającego się związku, w którym kobieta chce uwięzić mężczyznę, a on coraz brutalniej usiłuje się wyrwać, wstrząsa. Trochę się bałam, jak odbiorę ten spektakl po latach. Wiedziałam, że się nie zestarzał. Nie tak dawno przy okazji kręcenia filmu dokumentalnego o Emilu Wesołowskim sfilmowano próby do Powracających fal z nowymi wykonawcami i sceny te weszły do dokumentu. Ucieszyłam się, gdy Emil Wesołowski powiedział mi, że jest szansa, żeby Powracające fale zostały wznowione właśnie z tymi wykonawcami – Martą Fiedler i Maksimem Woitiulem. Choć znam ich potencjał artystyczny zastanawiałam się, czy moc mojej pamięci o tamtych dawnych spektaklach z Elżbietą Kwiatkowską i Sławomirem Woźniakiem pozwoli mi zachwycić się nowym wykonaniem. Na szczęście siła wyrazu Fiedler i Woitiula zwyciężyła. Powracające fale nic nie straciły ani ze swojej ekspresji, ani mocy oddziaływania (gdy serce bije jak szalone na chwilę przed dramaturgiczną kulminacją), ani też nie straciły nic ze swojej ponurej estetyki po przeniesieniu na mniejszą scenę. Szkoda, że warunki techniczne sali kameralnej nie pozwalają na zachowanie wspaniałego zabiegu inscenizacyjnego (scenografia Borisa Kudlicki), czyli stopniowego opadania sufitu pokoju, w którym rozgrywa się akcja – jakby ołowiane niebo za każdym razem opuszczało się coraz niżej na głowę nieszczęśliwej, zaplątanej we własne sidła kobiety. Ale i tak pozostałe – proste, a tak wymowne zabiegi reżyserskie  kreślą przenikliwy, mroczny, brutalny portret wzajemnego krzywdzenia się, konfliktu i nieuchronnego rozpadu związku.

Na koniec Moving Rooms – kto widział, tego nie muszę przekonywać, że to już sztandarowa pozycja w dorobku Krzysztofa Pastora i klejnot w repertuarze Polskiego Baletu Narodowego. Pisałam o nich dużo tu: http://www.naczubkachpalcow.pl/2012/11/19/czas-sie-zatrzymal-a-oni-tanczyli-i-tanczyli/#more-262.

Tu także zachodziła obawa, jak balet zniesie przeniesienie na mniejszą scenę (choć scena Sali im. Młynarskiego jest jak na polskie standardy i tak bardzo duża), jednak sprawdził się w tej przestrzeni znakomicie. Fakt – miałam szczęście i oglądałam przedstawienie z samej góry widowni, co pozwalało dostrzec grę kwadratów i prostokątów światła, po których poruszają się tancerze. Wszystko tu jest doskonałe. Organicznie związana z tańcem muzyka Schnittke’go i Góreckiego, muzyczne akcent