Być jak Małgorzata Gautier

Uwielbiam gościnne występy tancerek i tancerzy z innych zespołów w naszych, warszawskich spektaklach. Nie zdarza się to często, bo m.in. tym balet różni się od opery, że niezwykle trudno „wskoczyć” z marszu w obcy dla siebie spektakl – wyrafinowane partnerowania i wirtuozowskie podnoszenia wymagają czasem tygodni, jeśli nie miesięcy prób, aby partnerzy się zgrali, aby wszystko wyszło nie tylko poprawnie i bezpiecznie, ale przede wszystkim lekko. Na szczęście bywa, że niektóre spektakle – wielkie tytuły klasyczne albo tzw. klasyka XX i XXI wieku – są grane na wielu scenach w tej samej choreografii. Wtedy tancerz lub tancerka, która tańczy w takim przedstawieniu w swoim macierzystym teatrze i ma rolę „zrobioną”, nie musi się uczyć nowych kroków, a „jedynie” nowego partnera/partnerki lub partnerów scenicznych. Takie występy zaś dają nie tylko publiczności możliwość zobaczenia bez ruszania się z własnego miasta kogoś innego, nowego, innego stylu tańca, ale także zapraszającemu zespołowi odświeżenie spojrzenia na spektakl, nową mobilizację, okazję do zobaczenia innego stylu pracy… Takie okazje mieliśmy w tym sezonie już dwie: raz, gdy we wrześniu w warszawskim Jeziorze łabędzim partię Matyldy wykonała Ksenia Ovsyanick (musiała się nauczyć dużej części nowej dla siebie choreografii Krzysztofa Pastora) i teraz, gdy jako Małgorzatę Gautier w Damie kameliowej mogliśmy oglądać Annę Tsygankovą z Het Nationale Ballet.  Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii ogólnie o balecie, recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nowa – nie nowa Giselle

Gdy na początku sezonu Teatr Bolszoj ogłosił, że w ramach transmisji kinowych pokaże nową wersję choreograficzną Giselle autorstwa Aleksieja Ratmańskiego, trochę się obawiałam. Rosyjski choreograf (dawniej dyrektor baletu moskiewskiej sceny w latach 2004-2008 i choreograf-rezydent American Ballet Theatre) jest znany z jednej strony jako zapalony rekonstruktor dawnych baletów romantycznych i klasycznych, a z drugiej – realizuje też własne wersje popularnych baletów, które jednak nie do końca mnie przekonują. Bliżej premiery tej realizacji, która miała miejsce w Bolszoj 21 listopada ubiegłego roku okazało się, że Ratmański tworzy po swojemu oczyszczoną i miejscami przeredagowaną, ale jak najbardziej klasyczną choreografię wg znanych z innych światowych scen i sceny moskiewskiej wzorców, czyli połączenia spuścizny choreograficznej (jak można domniemywać, bo jak wiadomo żadne zapisy pierwotnej choreografii nie istnieją) Jeana Coralliego, Julesa Perrota, Mariusa Petipy (który w Rosji wystawił swoje wersje Giselle aż 4 razy), a także bliższych naszym czasom Aleksandra Gorskiego i Jurija Grigorowicza. Wersja baletu autorstwa tego ostatniego jest zresztą wciąż w repertuarze Teatru Bolszoj i mimo upływu lat ma się doskonale. Kilka lat temu była zresztą z wielkim sukcesem transmitowana do kin oraz wielokrotnie powtarzana w retransmisjach, w gwiazdorskiej obsadzie ze Swietłaną Zacharową i Siergiejem Połuninem w głównych partiach. Po obejrzeniu wersji Ratmańskiego przyszło mi na myśl popularne stwierdzenie: „lepsze jest wrogiem dobrego” i choć każdy ma prawo do własnych interpretacji nieśmiertelnych tytułów i własnych poszukiwań twórczych, to nie do końca jestem przekonana, jaki cel chciał osiągnąć choreograf i co jego zmiany wniosły lub dodały tej Giselle? Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Dziadek do orzechów niejedno ma imię

Między Świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem udało mi się dotrzeć na spektakl Dziadka do orzechów w Operze Wrocławskiej. Premiera miała miejsce 6 grudnia dopiero co minionego 2019 roku i spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem publiczności i krytyki. Nic dziwnego, bo Dziadek do orzechów w choreografii Youriego Vámosa to swego rodzaju klasyk XX wieku, choć akurat z techniki tańca klasycznego korzysta w stopniu bardzo umiarkowanym. Premiera tej inscenizacji miała miejsce w latach 80-tych XX wieku, ale przedstawienie nie starzeje się zupełnie, bo w warstwie scenograficznej nawiązuje do klasycznych wyobrażeń na temat XIX-wiecznej Dickensowskiej Anglii i obrazków z książek dla dzieci, a w warstwie choreograficznej posługuje się niezwykle oryginalnym i bogatym językiem tańca współczesnego Vámosa, połączonym z elementami klasyki (m.in. pas de deux Klary i Dziadka do orzechów). Największym jednak atutem, który docenić musi nawet taka tradycjonalistka baletowa, jak ja, jest… zmienione libretto, które paradoksalnie niemal niczego Dziadkowi do orzechów nie odbiera, a dodaje mu bogatszej dramaturgii. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii podróże, recenzje | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sen nocy letniej w Operze Krakowskiej

Zapraszam do lektury mojej recenzji tej premiery na portalu taniec.POLSKA – TUTAJ

Zaszufladkowano do kategorii recenzje | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Rajmonda na wpół ożywiona

Tydzień temu w kinach na całym świecie, w tym w kilkudziesięciu w Polsce, rozpoczął się jubileuszowy, bo już dziesiąty, sezon transmisji i retransmisji spektakli baletowych ze sceny Teatru Bolszoj w Moskwie. Transmitowano po raz pierwszy na żywo Rajmondę, balet z 1898 roku, stworzony przez Mariusa Petipę do muzyki Aleksandra Głazunowa. Oczywiście, jak to z XIX-wiecznymi baletami bywało i bywa, do naszych czasów nie przetrwała tamta, historyczna wersja. Choreografię, a nawet libretto Rajmondy „po drodze” przez czas przerabiali i poprawiali, albo po prostu przeinaczali, przekazując sobie to, co pamiętali, najróżniejsi choreografowie i pedagodzy. Jedni nieświadomie (z powodu zawodnej pamięci), inni świadomie – w celu uatrakcyjnienia widowiska, podążania z duchem czasów, etc. zmieniali i samą warstwę ruchową, i interpretacyjną, i treściową. Rajmonda to typowy balet divertissement, w którym fabuła (wyjątkowo zresztą wątła, nawet jak na XIX-wieczną „ramotkę”) stanowi jedynie pretekst do tanecznych popisów, feerii kostiumów, tańców różnych narodów oraz fantastycznych wizji przedstawionych za pomocą tańca klasycznego o najwyższym stopniu trudności. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii ogólnie o balecie, recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Radziecki „Spartakus” w Royal Opera House

Ponieważ lata temu popełniłam dość udany esej wprowadzający w książeczce towarzyszącej nagraniu baletu Spartakus w serii płyt DVD „La Scala” pozwalam sobie teraz przytoczyć go tutaj, jako słowo wstępne do recenzji londyńskiego spektaklu tego baletu w wykonaniu baletu Teatru Bolszoj.

„Choć Spartakus, w przeciwieństwie do XIX-wiecznych rosyjskich baletów klasycznych nie podbił całego świata, niewątpliwie należy do arcydzieł tej sztuki. Sama kompozycja Chaczaturiana, którą twórca określił jako napisaną współczesnym językiem muzycznym, we współczesnym rozumieniu formy muzyczno-teatralnej, porywa pięknymi melodiami, zawartą w niej energią i barwną instrumentacją.

Libretto na podstawie kronik rzymskich opracował Nikołaj Wołkow. Balet miał odzwierciedlać najważniejsze idee komunizmu: walkę o wolność uciemiężonych ludów i klas społecznych. Spartakus był doskonałym ucieleśnieniem takiej właśnie walki. Chaczaturian twierdził zresztą: W sztuce teatralnej i filmowej, pociągają mnie, jako kompozytora, obrazy heroiczne, „prawda namiętności”, wielkie konflikty społeczne. Skomponował prawie trzy godziny muzyki pełnej patosu, opartej na motywach marszowych, ale również egzotycznych i orientalnych tańcach. Do najbardziej wzruszających, a jednocześnie najbardziej znanych fragmentów partytury należy liryczny temat obrazujący miłość Frygii i Spartakusa. Obok niego w ucho wpada marszowy taniec Spartakusa i triumfalne wejście rzymskich legionów. Muzyka w zależności od ilustrowanej sceny skrzy się bogactwem, uderza mocą, wybucha zgniłkiem bitwy lub wesołej zabawy ucztujących Rzymian. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii podróże, recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nieludzka precyzja, czyli „Jezioro łabędzie”z Bolszoj w Londynie

O zespole baletowym Teatru Bolszoj w Moskwie napisano już jeśli nie wszystko, to tak dużo, że trudno coś dodać. Olbrzymi zespół – prawie 200 osób, znakomici soliści i tancerze zespołowi wybierani z najlepszych absolwentów rosyjskich szkół baletowych, a od niedawna także innych nacji (pojawili się Kubańczycy, Włosi czy Francuzi), szeroki i coraz bardziej różnorodny repertuar, w którym jednak wciąż dominuje rosyjska i radziecka klasyka i neoklasyka – to buduje wizerunek pierwszej sceny baletowej Rosji. Specyfiką Bolszoj jest m.in. właśnie to, że nadal prezentuje inscenizacje z lat 60., 70. i 80-tych, których próżno szukać na innych scenach, a które są nadal dla baletomanów przyciągające i wartościowe, jak choćby nieśmiertelny Spartakus w choreografii Jurija Grigorowicza – dotąd bezkonkurencyjna baletowa interpretacja tej partytury. W czasach tworzenia miał oczywiście wymowę ideologiczną, ale walka o wolność i samostanowienie jest tematem tak nośnym i uniwersalnym, a historia przywódcy powstania niewolników w czasach rzymskich tak znana, że przedstawienie może swobodnie funkcjonować i dziś bez „socrealistycznych” nawiązań. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii podróże, recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Ten zgrywus Ek

Obejrzeć jakikolwiek spektakl baletowy na scenie Opery Paryskiej, w pięknym budynku Opera Garnier i w wykonaniu Ballet de l’Opéra de Paris to marzenie. Obejrzeć na tej scenie wieczór baletowy w choreografii Matsa Eka, a w tym jego najnowszą pracę – Bolero – to marzenie spełnione, które udało mi się wcielić w życie w minionym tygodniu. Mimo że część zespołu paryskiego baletu przebywała właśnie na tournée w Chinach, to teatr do 14 lipca włącznie prezentował swoją najnowszą premierę: Carmen, Another Place i Bolero Eka. Dwie pierwsze choreografie Szwed zrealizował na francuskiej scenie narodowej dawno temu, Bolero przygotował specjalnie na jej zamówienie i to po latach choreograficznego „milczenia”, artysta bowiem odszedł już na twórczą „emeryturę” i zajmował się w ostatnich latach wyłącznie reżyserią teatralną. Dla Paryża jednak zrobił wyjątek, co daje nadzieję, że może jeszcze rozważy swoją decyzję dotyczącą pracy choreografa. O twórczości i języku choreograficznym Eka napisałam dawno temu, podczas studiów na Teorii Tańca ćwiczenie warsztatowe zadane przez Jagodę Ignaczak. Opublikowałam je później w Dodatku baletowym do kwartalnika Trubadur i teraz pozwalam sobie załączyć link do niego, bo widzę, że zupełnie się nie zestarzało… Tekst TUTAJ. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii podróże, recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Latynoski brak emocji….

Premiera wieczoru baletowego pod tytułem Wieczór latynoamerykański zakończyła sezon 2018-19 w Operze Bałtyckiej, nie był to jednak akord wieńczący, a raczej deprymujący. Na spektakl złożyły się trzy osobne choreografie; dwie niemal zupełnie abstrakcyjne (Cztery pory roku w Buenos Aires i Estancia) i jedna fabularna, oparta na Dzienniku Anne Frank. Już samo to połączenie w jednym wieczorze baletów tak różnych pod względem siły wyrazu czy przesłania, było nie lada wyczynem i zamysł powiódł się co najwyżej częściowo, jeśli realizatorzy chcieli widzów zaskoczyć czy wprawić w konsternację. Niestety do uczucia bliskiego konsternacji mogła widza przywieźć także jakość zaproponowanych choreografii autorstwa Mauricia Wainrota, argentyńskiego choreografa o polskich korzeniach. „Lubię swoje spektakle, gdziekolwiek je robię. I zawsze robię je przede wszystkim dla siebie. Oczywiście, jeśli moja praca spotyka się z akceptacją, to cudownie. Jeśli publiczność je kocha, jestem szczęśliwy” – mówił w wywiadach przedpremierowych choreograf. Niestety zdawkowe brawa po kolejnych częściach wieczoru utwierdziły mnie w przekonaniu, ze nie tylko ja nie bardzo wiedziałam, jak ustosunkować się do Wieczoru latynoamerykańskiego. W częściach inspirowanych tańcami argentyńskimi (tangiem i tańcami ludowymi) brakowało emocji, ognia, namiętności, rozgrywały się na pustej czarnej scenie, której konwencjonalne choreografie nie były w stanie do końca wypełnić. Zaserwowana na finał, po przerwie przejmująca przecież historia Anne Frank także mnie jakoś nie poruszyła, choć tu przynajmniej mieliśmy do czynienia z elementami inscenizacji, stworzenia świata, w którym rozgrywa się dramat żydowskiej rodziny ukrywającej się przed zagładą. Jednak i tu zabrakło moim zdaniem prawdziwych emocji, a spektakl zwyczajnie trącił myszką. Fakt, choreograf stworzył go w 1985 roku i w odróżnieniu od wielu dzieł tanecznych, które się nie starzeją, albo co najwyżej nabierają szlachetnej patyny „klasyki XX wieku”, na tym widać upływ czasu. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii podróże, recenzje | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Maraton ze Śpiącą królewną (cz. 2)

Jednym z powodów, dla których tak uwielbiam Śpiącą królewnę jest fakt, że jak żaden chyba balet klasyczny, obfituje ona w drugo- i trzecioplanowe partie solowe, w których zaprezentować może się mnóstwo tancerzy, którzy w innych spektaklach próżno oczekiwali by swoich „pięciu minut”, czy nawet 30 sekund, bo po prostu ról solowych nie ma w nich aż tak wielu. Śpiąca królewna przypomina pod tym względem wielki baletowy koncert lub galę. W dwóch divertissement luźno związanych z akcją (tańce wróżek na chrzcinach Aurory i tańce postaci z bajek na jej zaręczynach) jest okazja do wykazania się w samych klasycznych wariacjach lub duetach. Nawet taniec Czerwonego Kapturka i Wilka, poza aktorsko-interpretacyjnymi, ma swoje czysto techniczne smaczki. Daje to widzom możliwość  przeglądu zespołu, wyłowienia i wyłonienia nowych talentów lub potwierdzenia nadziei do tej pory wiązanych z poszczególnymi tancerkami i tancerzami z corps de ballet, koryfejami czy solistami. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii ogólnie o balecie, recenzje | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz