Do trzech razy Bajadera

Kiedy ten balet pojawia się na afiszu Teatru Wielkiego-Opery Narodowej natychmiast biegnę do kas i rezerwuje bilety na wszystkie przedstawienia, na które tylko mogę się wybrać. Powodów jest wiele: po pierwsze to jeden z nielicznych obecnie w repertuarze baletów klasycznych, czyli rzadkość, po drugie – jedna z moich ulubionych inscenizacji w ogóle, po trzecie – tytuł wymagający, w którym widz ma przegląd (w rolach głównych i pomniejszych wariacjach) tancerzy zespołu, ich aktualnej formy, kondycji i rozwoju. W tym sezonie dodatkowym magnesem były liczne debiuty w głównych partiach, w tym trzech nowych Gamzatti. Zresztą – dla baletomana pojawienie się nowej Gamzatti to zawsze rzecz niezmiernie ekscytująca i elektryzująca.

 
W piątek 10 lutego w partii Gamzatti zadebiutowała Svetlana Siplatova. Jak na wciąż dość młodą i bardzo niedoświadczoną tancerkę (dyplom Akademii Waganowej w 2008 r.) nowa solistka Polskiego Baletu Narodowego poradziła sobie zadowalająco z tą arcytrudną rolą, choć można też wyliczyć liczne niedostatki – zapewne wiele z nich można złożyć na karb tremy, ale nie wszystkie.  U Siplatovej przeszkadza mi przede wszystkim jej sylwetka: tancerka jest co prawda bardzo wysoka i szczupła, prezentuje typ współczesnej baleriny – nadmiernie szczupłej na podobieństwo top modelki. Nie jestem wielbiciela tego typu tancerek, ale nie w tym rzecz. Siplatova ma bardzo szczupłe „wystające” ramiona, kości barkowe, nadmiernie długie ręce, duże, a w każdym razie „długie” dłonie. To one zwracają przede wszystkim uwagę widza i wydają się nieproporcjonalne, zwłaszcza, że artystka nadmiernie je wydłuża lub trzyma je zbyt mocno usztywnione.

Wszystko to powoduje, że górnej połowie ciała tancerki brak wdzięku. Miejmy nadzieję, że z czasem to się zmieni. Siplatova odnalazła się w roli Gamzatti tylko do pewnego stopnia: starała się być „zimna i dumna”, ale często wydawała się po prostu przestraszona, w pierwszym wejściu jej postawie zabrakło godności, a w ostatniej wariacji przed świątynią starała się tańczyć „do Solora” (zapewne taką dostała wskazówkę), co jednak spowodowało, że przez większość tańca oglądaliśmy jej buzię profilem. Technicznie artystka miała momenty lepsze i gorsze, najlepiej prezentowała się… w powietrzu, jej ciało nabierało lekkości, a ręce „baletowego” wdzięku. Pas de deux w końcówce I aktu wykonała poprawnie, choć z racji niedokładnego partnerowania Sergeya Popova musiała parę razy ratować równowagę zejściem z pointy czy uchwyceniem partnera za szyję. Równowaga (aplomb) szczególnie po skokach to chyba najsłabszy punkt jej tańca, o dziwo najlepiej z kolei wykonała fouette w I akcie, widać było siłę i pewność. Generalnie może to być tancerka solidna, choć wyrazowo dość jeszcze surowa, wymaga przede wszystkim „otrzaskania” ze sceną dla zdobycia większej scenicznej swobody.

 
Tego wszystkiego nie brak było drugiej, a właściwie pierwszej bohaterce tego wieczora, czyli Marii Żuk (Nikija). Zachwyca rozwój, jaki dokonał się w tej tancerce w przeciągu ostatniego roku – półtora. Wrażliwa artystycznie, pełna wdzięku i odpowiedniej do wykonywanej partii melancholii, technicznie sprawna, doskonale poradziła sobie ze wszystkimi wyzwaniami partii bajadery. Dawniej jej występy bywały nierówne, jedne świetne, inne sprawiały wrażenie jakby artystka była nieobecna duchem na scenie. Teraz co występ, to sukces – elegancka interpretacja w najlepszym rosyjskim stylu, tancerka jest też w znakomitej kondycji fizycznej. Szkoda, że nie dało się tego powiedzieć o jej partnerze w partii Solora – Sergeju Popovie. Z każdym występem w Bajaderze jest odrobinę lepszy niż poprzednio, ale elegancka prezencja i książęce miny nie pomagają, gdy nie wychodzi partnerowanie i podnoszenia przyprawiają widza o dreszcz strachu. W piątek z Marią Żuk wykonał dwukrotnie coś, co bardziej przypominało przygotowanie do wyrzucanego Salchofa niż baletowe podnoszenie, zabrakło mu też siły, by w pas de deux w Krainie Cieni unosić lekko tancerkę tuż nad ziemią. Pierwszą wariację rozpoczął znakomicie, trzema wysokimi skokami z battu, ale skoki po kole zupełnie mu nie wyszły. Podobnie było z bardzo trudną wariacją w II akcie. Niestety, prezencja (artysta wystąpił w baletowych „szarawarach”, a nie jak inni soliści w tej partii w trykotach, co wpłynęło korzystnie na wizualne zrównoważenie sylwetki – zbyt szczupłych kostek i łydek) i wdzięk w ruchach nie zastąpią tanecznej i technicznej pewności. Dopiero te dwie składowe tworzą bowiem dobre wykonanie roli Solora (i każdej innej). Z piątkowego spektaklu w pamięci zapadły mi jeszcze występy pełnej elegancji Yuki Ebihary w wariacji drugiego cienia, Dagmary Dryl (III cień) i Maksima Woitiula w popisowej partii Złotego Bożka wykonanej z niesłychaną lekkością i pewnością oraz mechaniczną precyzją, co powoduje, że tancerz przeistacza się w tańczącą pozłacaną figurkę hinduskiego bożka – piorunujący efekt. Świetną kreacje aktorską jak zwykle w roli Wielkiego Bramina stworzył Sergey Basalaev, a skocznym Magdawieją był Paweł Koncewoj.

 
W sobotę (11 lutego) w południe na wkładce obsadowej Bajadery znów zaroiło się od gwiazdek (gwiazdką oznaczany jest artysta występujący po raz pierwszy w danej roli). Z partią Solora zmierzył się Vladimir Yaroshenko, a Gamzatti stała się Ana Kipshidze. Występ Kopshidze śmiało nazwę przebojem tego weekendu! Artystka ta długo czekała na podobną szansę na naszej scenie – zatańczyła wprawdzie Wróżkę Bzu w Śpiącej królewnie i parę innych pomniejszych ról, ale tak eksponowanej partii jeszcze nie kreowała, a widać było jak na dłoni, że predestynuje ją do niej zarówno temperament sceniczny, jak i techniczne umiejętności. I był to strzał w dziesiątkę! Zacząć trzeba od tego, że artystka doskonale wyglądała – była zupełnie inaczej umalowana niż zazwyczaj (zmiana bardzo na korzyść), sprawiała też zupełnie inne wrażenie. Zazwyczaj odbierało się ją jako wysoką, dość „dużą” tancerkę typu „muskularnego” – tu potrafiła być piękna, uwodzicielska, władcza i demoniczna. Może nie było w niej tego dziewczęcego wahania narzeczonej, które u niektórych wykonawczyń roli Gamzatti powoduje, że bohaterka staje się bardziej wielowymiarowa. Ostatecznie ona też po prostu podziwia Solora i chce go za męża, tylko, że dąży do tego celu „po trupach” i startując z uprzywilejowanej pozycji córki radży. Kipshidze zatańczyła Gamzatti bezwzględną, wiedzącą czego chce, bez cienia wyrzutów sumienia. A jak zatańczyła! Wejście i scena pantomimiczna z Nikiją wspaniałe, potem bardzo udane pas de deux i słynna wariacja. Tu artystka pokazała, jak można zatańczyć ten fragment tak, aby został w pełni doceniony przez publiczność. Nie pozwoliła sobie na żadne ułatwienie: wystała każdą pauzę, zaznaczyła każdą pozę en pointe, a jednocześnie zrobiła to jakimś cudem tak, że na wszystko miała czas, mieściła się w muzycznej frazie i akcentach, niczego nie musiała przyspieszać ani prześlizgiwać się po żadnym elemencie. Można powiedzieć, że dała z siebie wszystko i wykonała wariację na 105 procent, co chyba zemściło się w kodzie, gdzie zwyczajnie nie wytrwała do końca fouettes, choć fouettes włoskie zakręciła niezwykle brawurowo. Także w finale artystka nie miała problemów ze swoim uwodzicielskim tańcem z mnóstwem piruetów.

 
Jako Solor wystąpił Vladimir Yaroshenko. Przyznaję, że jakoś nie mam „nabożeństwa” do tego solisty: niby świetna prezencja, zgrabny i elegancki, czasami wygląda na scenie niesamowicie przystojnie, do tego zręczne, wdzięczne ruchy, czasami lekki i wysoki skok, może nieco słabszy w piruetach. Niestety, z jednej strony w większości ról wydaje mi się po prostu nijaki, jakby zupełnie pozbawiony aktorskiego nerwu, z drugiej – ewidentnie miewa problemy z amortyzacją lądowania po większych skokach. W Bajaderze poradził sobie całkiem zadowalająco – kulały właściwie jedynie niektóre najtrudniejsze elementy techniczne, co jest możliwe do wyszlifowania, natomiast z zachwytem stwierdziłam, że artysta stworzył postać, żywą i prawdziwą, świetnie partnerował obu głównym bohaterkom, po prostu podobał mi się! Szkoda, że w tym sezonie nie będzie już miał okazji „obtańczyć” tej roli chociaż dwa razy, bo to dałoby mu więcej swobody i być może pomogło opanować szwankujące elementy. Jak wiadomo – próby w sali ćwiczeń to jedno – a scena i spektakl drugie. Bardzo dobrą Nikiją w tym towarzystwie była Dagmara Dryl – przejmująca aktorsko, wystarczająco swobodna technicznie, w świetnej formie i kondycji, silna i piękna. Właściwie trudno się do czegoś przyczepić, może tylko seria piruetów po prostej na zejście w II akcie nie była aż tak olśniewająca, jak może być w tym brawurowym muzycznie momencie. Do niezwykle udanych debiutów należy też dodać występ Izabeli Milewskiej w wariacji II cienia – z jak wielką przyjemnością oglądało się tę artystkę, trudno wyrazić: kwintesencja tego, co nazywamy baletem: lekkość, wdzięk, precyzja, całkowita swoboda wykonania i nieukrywana radość tańca (nawet zbyt radosna, jak na ducha w zaświatach). Do kompletu równie urocze i perfekcyjne wykonawczynie pozostałych wariacji: Ewa Nowak (I cień) i Aneta Zbrzeźniak (III cień). Był to też jedyny spektakl – i chyba pierwszy w całej historii tej inscenizacji, kiedy w pas d’action w I akcie cztery solistki w fioletowych paczkach zatańczyły równo i z wdziękiem. Świetne też, właściwie we wszystkich trzech oglądanych przeze mnie spektaklach, było żeńskie corps de ballet w walcu i Krainie Cieni (pierwszy wieczór nieco mechanicznie, potem doskonale).

 
W trzecim oglądanym przeze mnie spektaklu (sobota, godz. 19) po raz pierwszy na warszawskiej scenie partię Gamzatti zatańczyła Yuka Ebihara (tancerka corps de ballet!), a w roli III cienia pojawiła się Yurika Kitano. O ile ta druga zupełnie nie oddała nastroju powolnej, opartej w pierwszej części na plie wariacji, o tyle pierwsza w wymagającej roli córki radży zaprezentowała się więcej niż zadowalająco. Świetnie połączyła pod względem aktorskim i wyrazowym dwie strony postaci Gamzatti: dumę i bezwzględność z zakochaniem i dążeniem do szczęścia. Najsłabiej wypadło w jej wykonaniu kluczowe pas de deux w I akcie – w wariacji nie zaimponowała aplombem i skokiem, za to ładnie wypadło fouette. Odrobina pracy i będzie to na prawdę znakomita Gamzatti, przy tym pełna wdzięku i bardzo urodziwa… Towarzyszyli jej, a raczej siłą rzeczy przyćmiewali Aleksandra Liashenko (Nikija) i Maksim Woitiul (Solor). Liashenko wydaje się, z racji swojej postury, nie być wymarzoną wykonawczynią roli bajadery, ale jej perfekcyjny taniec, wdzięk, urok i wczucie się w rolę powodują, że trudno się jej oprzeć. W dodatku tworzy doskonale zgrany duet ze swoim partnerem, co dodaje prawdziwości i „oddechu’ zarówno ich tańcowi, jak i interpretacji. Wydaje mi się jedynie, że tego dnia tancerka była trochę zmęczona, bo w dwóch – trzech momentach pozwoliła sobie na zejście w kulisę już nie na pointach i na chwilę rozluźnienia. Maksim Woitiul wykonał partię Solora perfekcyjnie pod względem technicznym, nie zapominając o interpretacyjnych niuansach, które dodają smaku tej postaci – ukradkowych spojrzeniach w stronę Wielkiego Bramina i swej ukochanej, o chwilach roztargnienia i wewnętrznego rozdarcia w obecności obu kobiet, drobnych gestach budujących postać. Obie wariacje wykonał swobodnie i z dużym ogniem; pierwszą może nieco spokojniej, niż mu się to w najlepszej formie zdarza, za to drugą – znakomicie!  Niestety, w tym ostatnim oglądanym przeze mnie przedstawieniu, w całej tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu: wyjątkowo źle zestawione i nie potrafiące się zgrać cztery tancerki w różowych paczkach w pas d’action i jak zwykle nierówne cztery solistki w fioletowych kostiumach, oraz – we wszystkich spektaklach solistki tańca d’jampee. Nie rozumiem, dlaczego zawsze obsadza się w tych partiach dwie bardzo różne tancerki – zwykle niską i nieco pełniejsza oraz wyższą i szczupłą, co powoduje, że niemożliwe staje się dla nich wykonanie jednoczesne, równe i synchroniczne większości przewidzianych w choreografii skoków i obrotów….

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie, recenzje i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

21 odpowiedzi na „Do trzech razy Bajadera

  1. Maria Zhuk pisze:

    Bardzo dzekue za kritike!!!!

  2. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Thomas Turkleton w nieodpowiednim miejscu bloga napisał:

    Hello,

    Given your impressive resume, I’m going to assume that you understand English.

    I recently read your review of the Polish National Ballet production of the Bayadere and was rather perplexed at how you decided to single out only one of the four Gamzattis that danced over the weekend. Why is it that only Svetlana Siplatova deserved such criticism? Firstly, it seems to me that you have no clue what ‘experienced’ means when talking about a dancer. Having finished the best ballet school in the world (Vaganova) and having spent 3 years in the best (no argument) theatre in the world (Mariinsky), Siplatova in no way deserves the title ‘very inexperienced’. I’ve never read such drivel in my life when it comes to you saying that he arms are disproportionate. Yes she has long arms, but she controls them with great delicacy and expression, unlike many of the other performers over the weekend, who belong more in the bodybuilding gym, than on the stage. Perhaps you should keep your opinion to yourself on this matter. And as far as her figure goes, you couldn’t possibly call her too thin. Have you even heard of another Svetlana, by the surname Zakharova. Look at her and then decide what thin means! I won’t mention other members of this weekend’s performers, but there are those whose presence on the stage (in terms of figure) is simply disgraceful. I find it perplexing that you didn’t deem them worthy of criticism.

    All in all, your blog is another great example of the disadvantages of freedom of speech. The accessibility of your opinion makes me lean towards Stalinist oppression once more. Sure it had its imperfections, but at least nobody had to suffer the fruits of your intellectual boredom.

    Yours,

    Thomas Turkleton

  3. Maria Zhuk pisze:

    Absolutnie zgadzam sie z p. Thomas Turkleton!!! Nigdy nie widzialam takiej paskudne napisanej krytyki! Szkoda ze nie moge po polsku wiecej napisac,da i szkoda gadac! Trzeba miec talent zeby az tak do kosci rozebrac kazdego tancerza PBN! Z najlepszymi zycheniami!!! P.s.- niezdrowa krytyka mowi o zazdrosci!!!:))))

  4. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Czytając tak pełne pasji komentarze do wpisu o lutowych Bajaderach pragnę tylko podkreślić, że gorąco kibicuję WSZYSTKIM tancerzom PBN i każdego innego zespołu baletowego w Polsce, ponieważ cieszy mnie, kiedy ta sztuka umacnia się w naszym kraju, rośnie w siłę, wznosi się na wyżyny. Nie znaczy to jednak, że nie widzę jednocześnie tego, co można jeszcze poprawić, albo tego, co mnie (subiektywnie oczywiście) się nie podoba. I o tym piszę – po to założyłam blog, ponieważ w naszym kraju tak wnikliwe pisanie o sztuce baletowej nieczęsto jest możliwe. Mój blog jest tylko próbką długich rozmów, jakie na temat poszczególnych spektakli i poszczególnych tancerzy prowadzą widzowie, najwierniejsi i najbardziej zainteresowani baletem w Warszawie i Polsce.

    PS. Jeśli chodzi o zazdrość, to niczego tancerzom nie zazdroszczę, bo nie tańczyłam, nie tańczę i tańczyć nie będę :))), mam za to ogromny szacunek i podziw dla Waszej ciężkiej pracy i trudności związanych z uprawianiem tego zawodu.

  5. gość pisze:

    Myślę, że powinna się Pani najpierw zastanowić co takiego Pani widzi, bo z tego co ja zdążyłem zaobserwować to NIC. Ta krytyka jest bezsensowna i prowadzona jak pamiętnik 10-cio latki. Jeśli chodzi o zazdrość to coś w tym jest, sądząc po zdjęciu właścicielki bloga i prostym myśleniu w swoich wypowiedziach mamy tutaj doczynienia z wyładowaniem swoich emocji. Niestety poprzez taką krytykę nie pozbędzie się Pani własnych kompleksów. Do krytyka baletowego Pani daleko umówmy się nie zna się Pani na tej sztuce no przepraszam troszkę terminologii udało się załapać. A tak na koniec ,, Nie znaczy to jednak, że nie widzę jednocześnie tego, co można jeszcze POPRAWIĆ” chciałem tylko powiedzieć, że nic Pani nie zmieni ani nie ,,poprawi” bo od tego są pedagodzy i dyrekcja w PBN a światek Pani nikogo nie interesuje.

  6. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Drogi gościu,
    Liczyłam na to, że na blogu poświęconym baletowi będziemy dyskutować kulturalnie i używać merytorycznych argumentów. Właściwie powinnam skasować Twój komentarz jako nie spełniający takich wymogów, ale wtedy pewnie uznałbyś, że boję się krytyki etc. Zatem odpowiem tylko:
    Od końca: skoro „mój światek” nikogo nie obchodzi to prosze nie czytać – blog jest osobistą formą wypowiedzi publicznej.
    „Niczego nie zmienię i nie poprawię” – z mojego doświadczenia wnioskuję, że jest inaczej – nie jest oczywiście moim zamiarem pomagać pedagogom ani doradzać dyrekcji, jak ma prowadzić zespół, wyrażam tylko swoją opinię, do której zresztą nie tylko krytyk czy bloger, ale też każdy widz ma prawo.
    „Własnych kompleksów” na żadnym tle nie posiadam, więc ani tu, ani nigdzie indziej nie mam się czego pozbywać 🙂
    „Sądząc po zdjęciu właścicielki bloga” – nie rozumiem argumentu ad personam – czy chodzi o mój wygląd? Zdaje się, że nie jest on tematem tej dyskusji.
    Ja do swojego pisania mam sporo dystansu, to samo zalecałabym też Szanownym Czytelnikom.

  7. Gość 2 pisze:

    Pani Katarzyno, mnie się wydaje, że zgrzeszyła Pani właśnie swoimi argumentami „ad personam”, zwłaszcza wobec pp. Svetlany Siplatovej i Sergeya Popova. Mnie także wydały się one wyjątkowo niesmaczne, więc nie dziwię się pani Marii Żuk, że ją zabolały, choć nie jej przecież dotyczyły. Podoba mi się, że miała odwagę podzielić się swoim wzburzeniem publicznie – wbrew oczywistej zasadzie, że artysta nie powinien dyskutować z recenzentem, bo ten i tak zawsze będzie miał ostatnie słowo. Pozostaje tylko wierzyć, że głos p. Żuk nie będzie rzutował w przyszłości na Pani oceny tej utalentowanej artystki.

    Jednak dla dobra tego blogu wykasowałbym na Pani miejscu te niestosowne uwagi nt. kości barkowych, łydek, kostek itp. i nie używał podobnych w przyszłości.

  8. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Miły Gościu2

    Nie rozumiem, dlaczego opis wyglądu tancerzy miałby być niesmaczny, jeśli jest sformułowany w sposób kulturalny i bez złośliwych czy innych uważanych za niestosowne określeń. Ciało tancerza, czyli to jak wygląda, jakie ma predyspozycje fizyczne od początku nauki baletu jest omawiane, opisywane, a nawet krytykowane. Ileż to razy tancerz słyszy w toku nauki i kariery: „masz za krótką szyję, jesteś za mała do roli Odetty, nie wyglądasz na księcia, machasz rękami jak gałęziami”. To cuało (poza technika i artyzmem, czyli tym co nazywamy duszą) określa emplois tancerza, ciało jest bowiem jego narzędziem, jego pędzlem i farbami, jego piórem, jego instrumentem. Jako takie podlega omawianiu przez widzów, w tym krytyków, nie dlatego by je napiętnować czy skrytykować, tylko aby argumentować dlaczego dany tancerz/tancerka – czasem przy świetnym technicznym wykonaniu partii – mnie lub innemu widzowi sie nie podoba. Chodzi o wrażenie estetyczne – nieodłącznie związane ze sztuką w ogóle, a sztuka wizualną zwłaszcza. Znam baletomanów, do których sie na szczęście nie zaliczam, którzy z zasady nie mogą stolerować Gamzatti blondynki, a Śpiącej królewny brunetki – nie godzi sie to z ich wyobrażeniem postaci. Skoro w omówieniach i krytykach filmów czy sztuk teatralnych często mówi się „ta aktorka/aktor nie pasuje fizycznie do swojej roli, ma zbyt łagodną twarz, jest za stary/stara do roli podlotka, etc..”, to czemu uważasz, ze „niesmaczne” jest omawianie wyglądu tancerzy? Widzowie robią to doprawdy bardzo brutalnie 🙁 Masz racje, ze należny to robić taktownie, słowo „szczupła” brzmi inaczej niż „chuda”, a określenie „drewniany” inaczej niż „pozbawiony wyrazu”. Tych granic, wyznaczonych przez zwykłą kulturę i dobry smak staram się nie przekraczać. Zresztą – skoro sam Sergey Popov zdecydował tańczyć rolę Solora w innym kostiumie niż przewidziany w inscenizacji od początku, to znaczy że uznał iż w „szarawarach” będzie prezentował sie lepiej, co potwierdzam i doceniam. Świetnie, że ktoś mu na o pozwolił, bo pamiętam, ze gdy powstawała warszawska inscenizacja Bajadery to Natalia Makarowa podkreślała, że u niej wszyscy panowie mają tańczyć w trykotach….

    • Gość 2 pisze:

      Przeraża mnie przypisywanie recenzentowi prawa do tak dalekiej wiwisekcji ciał tancerzy na forum publicznym, nawet przy założeniu białych rękawiczek. Wydaje mi się to okrutne i całkowicie niepożądane w profesjonalnej krytyce baletowej. Przyznam, że nie spotkałem się z takimi przykładami w poważnym pisarstwie na temat baletu – ani w przekroju historycznym (od Noverra i Theophila Gautier począwszy), ani też we współczesnych wypowiedziach anglo- czy rosyjskojęzycznych. Nie przypominam sobie także podobnych w krytyce polskiej. Pomijam oczywiście XIX-wieczne pamflety prasowe, bo Panią znamy jednak jako życzliwego tej sztuce krytyka, a nie anonimową pamflecistkę.

      Ale już skandalem pachnie przywoływana przez Panią wiedza na temat traktowania dzieci w szkole baletowej, jeżeli oczywiście prawdą są cytowane odzywki nauczycieli wobec dzieci w rodzaju: „masz za krótką szyję, jesteś za mała do roli Odetty, nie wyglądasz na księcia, machasz rękami jak gałęziami”. Uwagi typu: za krótka szyja, za duża głowa, wystające kości takie czy inne, za cienkie nogi, za niska, za wysoka, za pulchna, za chuda, itp. – NIGDY nie powinny być kierowane bezpośrednio do dziecka, a zwłaszcza w obecności innych. Prowadzić one mogą do nieodwracalnych zmian w psychice młodego człowieka, wpędzać w kompleksy. Od tego są dyskretne rozmowy nauczycieli z rodzicami uczniów, a potem kierowanie do innych szkół tych dzieci, które nie spełniają właściwych dla baletu warunków fizycznych. Jeżeli więc zna Pani podobne przypadki, to właśnie je trzeba piętnować publicznie, wręcz ze wskazaniem imiennym takich nieodpowiedzialnych pedagogów. I nie należy popularyzować podobnej praktyki publicznego dyskredytowania ludzi z powodu ich wyglądu w krytyce baletowej. Tak uważam.

  9. Agnes pisze:

    Gościu 2 !
    Mam wrażenie, że zupełnie nie znasz specyfiki szkół baletowych, czy też ogólniej podejścia do Ciała tancerki.
    W szkole baletowej do deliktnych należą określenia – wyżej te paróweczki, ruszać się słoniki itp itd.
    Ciało musi być posłuszne tancerce – nie odwrotnie. Tak jak napisała pani Kasia – wygląd jest kwestią podstawową i nie da się go nie oceniać !

    • Gość 2 pisze:

      Paróweczki, słoniki… to urocze. I wystarczy na lekcji baletu, jeśli skierowane jest do wszystkich. Bo – jak piszesz: „ciało musi być posłuszne tancerce”. Co innego publiczne piętnowanie indywidualne z racji od ucznia czy tancerza niezależnych, bo to miałem na myśli.

      • Agnes pisze:

        Nie to nie jest urocze uwierz …
        W wypowiedzi Pani Kasi nie widzę nic piętnującego !
        Opis, nawet jeśli uwypukla jakieś wady to nie piętnowanie. Tancerki mogą tego nie lubić, ale to część tego zawodu …

  10. Grażka Ka pisze:

    Każdy, kto kiedykolwiek uczył się tańca wie, że wygląd tancerza jest bardzo ważny! Czy nam się to podoba, czy też nie, taniec to sztuka wizualna. Wzrokiem ją odbieramy i to co widzimy oceniamy (albo nie oceniamy). Ciało tancerza jest tak samo ważne jak wykonywane przez niego ruchy, nazwane tańcem. Może nawet ciało ważniejsze? Bez ciała zatańczyć się nie da, bez ruchu czasem można (poza). Ciało tancerza podlega ocenie i dla niego samego jest przedmiotem nieustannej troski i uwagi. To, co napisała Pani Kasia, nie jest zaskoczeniem dla żadnego z opisanych tancerzy. Zapewniam.
    Pani Kasiu, dziękuję za to, że podzieliła się Pani z nami swoją opinią i bez retuszu przedstawiła nam swój punkt widzenia. To bardzo cenne spostrzeżenia i dla widzów pouczające. Tancerzom Pani słowa nie zaszkodzą, gdyż każdy tancerz bardzo dobrze wie jak wygląda, a świadomy tancerz nawet wie co z tym wyglądem może zrobić (np. czasem „szarawary” założyć).

  11. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam, ale byłam na 2 spektaklach Jeziora łabędziego w Poznaniu, niestety bez dostępu do Internetu. Na zakończenie dyskusji o roli wyglądu tancerzy i jego komentowania lub nie, napisze tylko, że mam nadzieje, że nikt z Poznania nie obrazi się, kiedy napisze, że w Jeziorze łabędzim dwaj moi ulubieni tancerze postawieni obok siebie jako Zygfryd i Benno wyglądali dość komicznie, choć każdy z nich sam jest wspaniałym tancerzem z dość szerokim emplois. Jeden jednak jest bardzo wysoki, drugiego nazwałabym „kieszonkowym”…. Jak widać to jest ważne bo w tańcu jak wyżej napisano efekt wizualny jest kluczowy.

  12. kot w butach pisze:

    Uważa się pani za znawcę baletu (niektórzy twierdzą nawet, że jest pani największym znawcą tematu w Polsce), a ta recenzja jest dość nieprofesjonalna w pewnych fragmentach moim zdaniem.
    Uwagi na temat zbyt szczupłych ramion, wystających kości, długich rąk i dużych dłoni są doprawdy zdumiewające. A co ma piernik do wiatraka? Będziemy badać szczegóły anatomiczne każdego tancerza? Jeden umie i może coś zamaskować, drugi nie bo zwyczajnie się nie da.
    To, że skończyła pani podyplomowe studia czy jakiekolwiek studia związane z baletem czy tańcem szerzej pojętym nie czyni z pani największego znawcy tematu.
    Znawcą tego tematu według mnie może być osoba, która miała okazję uczyć się baletu profesjonalnie.
    Choćby nie wiem ile teorii pochłonąć, bez praktyki niestety nadal dość niewiele się wie.

    • Gość 2 pisze:

      Hej kocie, przemyśl jeszcze swoją opinię. Mnie się wydaje, że równie wiele bzdur o balecie wypisywały niektóre byłe tancerki (u nas także), co rozentuzjazmowane baletomanki wszystkich krajów. Natomiast wielcy pisarze baletowi (krytycy, teoretycy, historycy) tylko wyjątkowo rekrutowali się z grona wybitnych praktyków, ale jednak przede wszystkim wywodzili się spośród wytrawnych badaczy i miłośników baletu: Gautier, Beaumont, Haskel, Kirstein, Guest, Clarke, Crips, a u nas Dzikowski, Liński, Turska czy Pudełek itd.

      A te przytyki nt. zbyt szczupłych ramion, wystających kości, długich rąk i dużych dłoni mnie także zdumiały, o czym wyżej….

  13. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    kocie w butach,

    w ten sposób odmawiasz niemal wszystkim krytykom sztuki pisania o sztuce – dotychczas wydawało się, ze aby pisac o malarstwie nie trzeba umieć malować, o pisarstwie – byc pisarzem, recenzować wiersze czy kompozycje – samemu je tworzyć.
    Nie wiem czemu uważasz, ze mam o sobie tak wysokie mniemanie – ze uważam się za „największego znawcę tematu” – bo sie nie uważam. Nie sądzę tez wcale, by skończenie jakichkolwiek studiów od razu robiło z człowieka specjalistę, znawce, czy fachowca. Do tego trzeba samodzielnej pracy i doświadczenia. Ja po prostu komentuje to, co mnie interesuje i czym zajmuje sie od 20 lat – nie roszcząc sobie wcale prawa do nieomylności.

  14. kot w butach pisze:

    Pani Katarzyno żebyśmy się dobrze zrozumiały.
    Ja nie odmawiam krytykom-teoretykom prawa do wykonywania ich pracy. Oczywiście, że można pisać o malarstwie nie malując, o tańcu nie tańcząc etc.
    To po prostu refleksja, która zrodziła się w mojej głowie już jakiś czas temu. Być może niezbyt składnie i trochę zbyt dosadnie wyraziłam o co mi chodzi (rozemocjonowałam się tą recenzją :)). Balet jest sztuką piękną, trudną i wymagającą. Ekspertem od teorii można być, owszem. Ale jednak o ile pełniejsze jest to kiedy „liźniemy” też praktyki!
    Nie jest to oczywiście wymagane nigdzie i bardzo dobrze. To tylko moja prywatna opinia.
    Prawdopodobnie uruchomił się mój wrodzony mechanizm obrony kolegów po fachu, środowiska które znam od kuchni.

    Gościu 2, dzięki za spostrzeżenie!

    Swoją drogą to bardzo ciekawy temat do przemyśleń.

  15. kot w butach pisze:

    I jeszcze jedno, bo zapomniałam dopisać we wcześniejszym komentarzu.
    Najlepszym znawcą tematu i źródłem wiedzy jest Pani ogłoszona na forum baletowym. I ja również napisałam, że niektórzy tak uważają. Nie, że Pani o sobie tak myśli.
    Czepiam się słówek, ale w tym wypadku są one ważne bo zmieniają sens mojej wypowiedzi. Wywracają przysłowiowego kota ogonem.
    Nie znam Pani osobiście, więc nie wiem jakie ma Pani o sobie mniemanie.
    Ale musi się Pani jednak trochę uważać za znawcę, bo przecież pisze Pani profesjonalnie o tej sztuce. To nie złośliwość lecz fakt.
    Przecież nikt nie bierze się za robienie zawodowo czegoś na czym się nie zna.
    Pozdrawiam!

  16. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    kocie w butach,

    na forum baletowym kolega nieco ze mnie zażartował umieszczając w/w baner „reklamujący bloga”, ale ponieważ mamy na forum głownie nieletnich czytelników nic do końca nie traktujemy zbyt „poważnie”, choć poważnie doradzamy sobie nawzajem w poważnych sprawach, problemach, udzielamy poważnych i jak najlepiej zweryfikowanych informacji, dyskutujemy czasem aż nazbyt poważnie 🙂 Oczywiście, że muszę uważać, ze trochę znam się na balecie, skoro zabieram na jego temat głos od ponad 10 lat publicznie, a wczesniej wielokrotnie po amatorsku jeszcze. Co nie znaczy, że uważam się za „największego znawcę”, specjalistę, lub nieomylnego krytyka bo takich nie ma. Za znawcę najwyższej próby i specjalistę najwyższej klasy to moge uważać Św.P. Irenę Turską na przykład (która wczoraj od nas odeszła). Ja tylko oglądam, czytam, rozmawiam, dopytuje się, porównuje i wyciągam wnioski.
    Co do problemu „pełnego zrozumienia” czym jest balet bez praktyki, to jest to problem odwieczny i nierozwiązywalny – inaczej widza swoją sztukę praktycy, którzy w tym „siedzą” codziennie, a inaczej osoba siła rzeczy wciąz trochę z zewnątrz, choć wiele osób raczej zarzucało mi do tej pory że zbyt blisko „bratam” się z artystami baletu 🙂 Arnold Haskell uważał, ze dobra recezje napisze ten kryty, który ma możliwość towarzyszyć tancerzom w ich pracy przed premiera, ale w naszej rzeczywistości niezwykle rzadko jest to możliwe, czasem same teatry bronią się przed ukazywaniem „brudnego procesu pracy”, czasem (w większości) o krytycy nie maja takiej potrzeby ani czasu. W jakimś sensie tez słusznie, bo oni jak każdy widz oceniają „gotowy produkt” czyli spektakl. Tak jak widz, nie muszą wiedzieć, ze zespół miał za mało prób, albo ze tancerkę boli brzuch. Choc ja uważam, ze jesli o tym wiedzą, to powinni to wziąć pod uwagę. No i takie to dywagacje na temat roli i problemów krytyka…
    Na koniec dodam, ze najważniejszą rzeczą, jaka dały mi studia na Teorii Tańca była możliwość uczestniczenia w zajęciach praktycznych, gdzie liznęłam nieco praktyki zarówno w technice klasycznej, jak i współczesnej, jak i oglądanie zajęć praktycznych studentów pedagogiki baletu – mogłam na nich siedzieć bez konca. I znów: nie twierdze, że dało mi to wiedzę porównywalna z wiedza tancerza na temat jego własnego zawodu, ale wiele mi to dało. Myślę i mam nadzieję, że teraz lepiej sie zrozumiemy 🙂 I że dyskusja na temat wad i ograniczeń zawodu krytyka ciekawie się rozwinie

  17. A. pisze:

    Czytając wszystkie komentarze myślę sobie, że pisanie o tancerzach PBN nie jest łatwe i naraża na ataki. Ja wiem, ze urażona miłosc własna (czy ewentualnie ugodzenie nieprzychylną opinią partnera życiowego M.Ż., który został tu skrytykowany) boli, ale juz któryś raz spotykam się z tym, że stopień napastliwości tancerzy PBN jest przesadny. Pierwszy komentarz zamieszczony został przez osobę, która nie była w stanie doczytac sie po polsku, w którym miejscu był zamieszczony krytykowany przez nia artykuł. Zarzuty, które tam były napisane były adresowane do zdań wyrwanych z kontekstu. Akademia Vaganovej jest najlepszą szkołą baletową na świecie (zgadzam sie z tym w całej pełni), ale każda szkoła (nawet najlepsza) ma czasem słabszych uczniów. Mowa tu była o tym, ze tylko tancerz jest w stanie ocenic tancerza. Wielu tancerzy ocenia S.Popova i Siplatovą słabo, podobnie jak wielu uczniów SB ale nikt jasno tego nie powie koledze z zespołu. Nie widzę natomiast powodu, aby był zakaz krytyki ich na blogu. Niestety ale prawda jest taka, że Diana Vishneva ani Uliana Lopatkina nie rzuciłyby Marinki, żeby tańczyc w Warszawie, zaś PBN ma niektórych tancerzy (jak np wspaniała M.Żuk), którzy Vaganowej nie ukończyli, ale są lepsi niż jej absolwenci tańczący w Warszawie. Svetlana Siplatova moim zdaniem została bardzo przychylnie potraktowana w powyższej recenzji – ja bym nie była dla niej tak łaskawa. Niestety to nie jest gwiazda Marinki i nie rozumiem powodu, czemu jej nie można oceniac negatywnie. I jeszcze jedno – taka jest cena bycia artystą, że człowiek musi umiec znosic krytykę, nawet jeżeli ona dotyka. Jeżeli człowiek robi cos publicznie, to siłą rzeczy wystawia sie na oceny, które nie sa niczym złym jak np kilka lat temu orzekł SN w sprawie Edyty Górniak. A wygląd u tancerzy jest istotny. Kilka razy zdarzyło mi sie czytac w przeszłości np o długich i zbyt szczupłych nogach A.Somovej w angielsko-języcznych recenzjach. Mi się te nogi podobaja ale chodzi mi o to, że wygląd też podlega ocenie. Co więcej w recenzji Bajader warszawskich nie ma odniesień do tego, ze Siplatowa jest brzydka czy jakaś, tylko raczej refleksja o tym, że w Rosji jest obecnie promowany jakiś typ tancerek. My w Polsce nie mamy absolwentów aż tak wyselekcjonowanych i jesteśmy przyzwyczajeni do różnych typów budowy ciał dziewczyn- tancerek. To że ktoś pisze, ze osobiście woli inny typ, czy jest jakimś strasznym naruszeniem? A na koniec o sb – ktoś kto pisał o tym jak powinny byc traktowane dzieci w sb chyba nie rozmawiał nigdy z osobą po takiej szkole. Pewne zachowania, które sie zdarzają tam, w innych szkołach są niedopuszczalne, podobnie jak pewnie zachowania w teatrach sa niedopuszczalne w innych zawodach. Ciało to warsztat pracy tancerza tak samo ważny i podlegający ocenie jak ruch.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*