Do trzech razy Bajadera

Kiedy ten balet pojawia się na afiszu Teatru Wielkiego-Opery Narodowej natychmiast biegnę do kas i rezerwuje bilety na wszystkie przedstawienia, na które tylko mogę się wybrać. Powodów jest wiele: po pierwsze to jeden z nielicznych obecnie w repertuarze baletów klasycznych, czyli rzadkość, po drugie – jedna z moich ulubionych inscenizacji w ogóle, po trzecie – tytuł wymagający, w którym widz ma przegląd (w rolach głównych i pomniejszych wariacjach) tancerzy zespołu, ich aktualnej formy, kondycji i rozwoju. W tym sezonie dodatkowym magnesem były liczne debiuty w głównych partiach, w tym trzech nowych Gamzatti. Zresztą – dla baletomana pojawienie się nowej Gamzatti to zawsze rzecz niezmiernie ekscytująca i elektryzująca.

 
W piątek 10 lutego w partii Gamzatti zadebiutowała Svetlana Siplatova. Jak na wciąż dość młodą i bardzo niedoświadczoną tancerkę (dyplom Akademii Waganowej w 2008 r.) nowa solistka Polskiego Baletu Narodowego poradziła sobie zadowalająco z tą arcytrudną rolą, choć można też wyliczyć liczne niedostatki – zapewne wiele z nich można złożyć na karb tremy, ale nie wszystkie.  U Siplatovej przeszkadza mi przede wszystkim jej sylwetka: tancerka jest co prawda bardzo wysoka i szczupła, prezentuje typ współczesnej baleriny – nadmiernie szczupłej na podobieństwo top modelki. Nie jestem wielbiciela tego typu tancerek, ale nie w tym rzecz. Siplatova ma bardzo szczupłe „wystające” ramiona, kości barkowe, nadmiernie długie ręce, duże, a w każdym razie „długie” dłonie. To one zwracają przede wszystkim uwagę widza i wydają się nieproporcjonalne, zwłaszcza, że artystka nadmiernie je wydłuża lub trzyma je zbyt mocno usztywnione.

Wszystko to powoduje, że górnej połowie ciała tancerki brak wdzięku. Miejmy nadzieję, że z czasem to się zmieni. Siplatova odnalazła się w roli Gamzatti tylko do pewnego stopnia: starała się być „zimna i dumna”, ale często wydawała się po prostu przestraszona, w pierwszym wejściu jej postawie zabrakło godności, a w ostatniej wariacji przed świątynią starała się tańczyć „do Solora” (zapewne taką dostała wskazówkę), co jednak spowodowało, że przez większość tańca oglądaliśmy jej buzię profilem. Technicznie artystka miała momenty lepsze i gorsze, najlepiej prezentowała się… w powietrzu, jej ciało nabierało lekkości, a ręce „baletowego” wdzięku. Pas de deux w końcówce I aktu wykonała poprawnie, choć z racji niedokładnego partnerowania Sergeya Popova musiała parę razy ratować równowagę zejściem z pointy czy uchwyceniem partnera za szyję. Równowaga (aplomb) szczególnie po skokach to chyba najsłabszy punkt jej tańca, o dziwo najlepiej z kolei wykonała fouette w I akcie, widać było siłę i pewność. Generalnie może to być tancerka solidna, choć wyrazowo dość jeszcze surowa, wymaga przede wszystkim „otrzaskania” ze sceną dla zdobycia większej scenicznej swobody.

 
Tego wszystkiego nie brak było drugiej, a właściwie pierwszej bohaterce tego wieczora, czyli Marii Żuk (Nikija). Zachwyca rozwój, jaki dokonał się w tej tancerce w przeciągu ostatniego roku – półtora. Wrażliwa artystycznie, pełna wdzięku i odpowiedniej do wykonywanej partii melancholii, technicznie sprawna, doskonale poradziła sobie ze wszystkimi wyzwaniami partii bajadery. Dawniej jej występy bywały nierówne, jedne świetne, inne sprawiały wrażenie jakby artystka była nieobecna duchem na scenie. Teraz co występ, to sukces – elegancka interpretacja w najlepszym rosyjskim stylu, tancerka jest też w znakomitej kondycji fizycznej. Szkoda, że nie dało się tego powiedzieć o jej partnerze w partii Solora – Sergeju Popovie. Z każdym występem w Bajaderze jest odrobinę lepszy niż poprzednio, ale elegancka prezencja i książęce miny nie pomagają, gdy nie wychodzi partnerowanie i podnoszenia przyprawiają widza o dreszcz strachu. W piątek z Marią Żuk wykonał dwukrotnie coś, co bardziej przypominało przygotowanie do wyrzucanego Salchofa niż baletowe podnoszenie, zabrakło mu też siły, by w pas de deux w Krainie Cieni unosić lekko tancerkę tuż nad ziemią. Pierwszą wariację rozpoczął znakomicie, trzema wysokimi skokami z battu, ale skoki po kole zupełnie mu nie wyszły. Podobnie było z bardzo trudną wariacją w II akcie. Niestety, prezencja (artysta wystąpił w baletowych „szarawarach”, a nie jak inni soliści w tej partii w trykotach, co wpłynęło korzystnie na wizualne zrównoważenie sylwetki – zbyt szczupłych kostek i łydek) i wdzięk w ruchach nie zastąpią tanecznej i technicznej pewności. Dopiero te dwie składowe tworzą bowiem dobre wykonanie roli Solora (i każdej innej). Z piątkowego spektaklu w pamięci zapadły mi jeszcze występy pełnej elegancji Yuki Ebihary w wariacji drugiego cienia, Dagmary Dryl (III cień) i Maksima Woitiula w popisowej partii Złotego Bożka wykonanej z niesłychaną lekkością i pewnością oraz mechaniczną precyzją, co powoduje, że tancerz przeistacza się w tańczącą pozłacaną figurkę hinduskiego bożka – piorunujący efekt. Świetną kreacje aktorską jak zwykle w roli Wielkiego Bramina stworzył Sergey Basalaev, a skocznym Magdawieją był Paweł Koncewoj.

 
W sobotę (11 lutego) w południe na wkładce obsadowej Bajadery znów zaroiło się od gwiazdek (gwiazdką oznaczany jest artysta występujący po raz pierwszy w danej roli). Z partią Solora zmierzył się Vladimir Yaroshenko, a Gamzatti stała się Ana Kipshidze. Występ Kopshidze śmiało nazwę przebojem tego weekendu! Artystka ta długo czekała na podobną szansę na naszej scenie – zatańczyła wprawdzie Wróżkę Bzu w Śpiącej królewnie i parę innych pomniejszych ról, ale tak eksponowanej partii jeszcze nie kreowała, a widać było jak na dłoni, że predestynuje ją do niej zarówno temperament sceniczny, jak i techniczne umiejętności. I był to strzał w dziesiątkę! Zacząć trzeba od tego, że artystka doskonale wyglądała – była zupełnie inaczej umalowana niż zazwyczaj (zmiana bardzo na korzyść), sprawiała też zupełnie inne wrażenie. Zazwyczaj odbierało się ją jako wysoką, dość „dużą” tancerkę typu „muskularnego” – tu potrafiła być piękna, uwodzicielska, władcza i demoniczna. Może nie było w niej tego dziewczęcego wahania narzeczonej, które u niektórych wykonawczyń roli Gamzatti powoduje, że bohaterka staje się bardziej wielowymiarowa. Ostatecznie ona też po prostu podziwia Solora i chce go za męża, tylko, że dąży do tego celu „po trupach” i startując z uprzywilejowanej pozycji córki radży. Kipshidze zatańczyła Gamzatti bezwzględną, wiedzącą czego chce, bez cienia wyrzutów sumienia. A jak zatańczyła! Wejście i scena pantomimiczna z Nikiją wspaniałe, potem bardzo udane pas de deux i słynna wariacja. Tu artystka pokazała, jak można zatańczyć ten fragment tak, aby został w pełni doceniony przez publiczność. Nie pozwoliła sobie na żadne ułatwienie: wystała każdą pauzę, zaznaczyła każdą pozę en pointe, a jednocześnie zrobiła to jakimś cudem tak, że na wszystko miała czas, mieściła się w muzycznej frazie i akcentach, niczego nie musiała przyspieszać ani prześlizgiwać się po żadnym elemencie. Można powiedzieć, że dała z siebie wszystko i wykonała wariację na 105 procent, co chyba zemściło się w kodzie, gdzie zwyczajnie nie wytrwała do końca fouettes, choć fouettes włoskie zakręciła niezwykle brawurowo. Także w finale artystka nie miała problemów ze swoim uwodzicielskim tańcem z mnóstwem piruetów.

 
Jako Solor wystąpił Vladimir Yaroshenko. Przyznaję, że jakoś nie mam „nabożeństwa” do tego solisty: niby świetna prezencja, zgrabny i elegancki, czasami wygląda na scenie niesamowicie przystojnie, do tego zręczne, wdzięczne ruchy, czasami lekki i wysoki s