Różne opowieści biblijne

Wiem, że intencją wystawienia i skompletowania tego wieczoru baletowego było głównie przedstawienie wreszcie polskiej publiczności balanchinowskiej opowieści o Synu Marnotrawnym. Ja akurat do szalonych wielbicielek tego dzieła nie należę – nie moja estetyka, choć trudno nie doceniać jego nowatorstwa w swoich czasach. Balanchine’a wolę neoklasycznego, abstrakcyjnego, w trykotach. Zresztą – jest coś na rzeczy: w Synu Marnotrawnym w jego historycznej postaci, czyli takiej, jak zaprezentowano w Warszawie, najbardziej przeszkadza mi „szata scenograficzno-kostiumologiczna” autorstwa Georgesa Rouaulta. Nie wielbię go jako malarza, więc i jego scenografia po prostu nie trafia w mój gust, a w dodatku dziś wygląda strasznie „muzealnie” – bardziej chyba niż podobnie historyczna scenografia do Święta wiosny Niżyńskiego. Nie tylko mnie zresztą przeszkadzał ten element – wielu znajomym nieświadomym „oryginalności całości wystawienia” musiałam tłumaczyć, że to są dekoracje historyczne i ich niedzisiejszość jest zamierzona. Wracając do nowatorstwa Syna Marnotrawnego – to ekspresjonizm najwyższej próby, rzeczywiście mocno przywodzący na myśl późniejsze dokonania Kurta Joossa. Trzeba przyznać, że nasi tancerze przygotowali to arcydzieło doskonale. Przede wszystkim rewelacyjny Maksim Woitiul w roli tytułowej. To prawdziwa ROLA, a nie partia taneczna – tak pełna aktorskiej ekspresji i wycyzelowanego gestu. Prócz tego oczywiście taneczna maestria w pierwszej scenie.

Partnerująca mu jako Syrena-kusicielka Magdalena Ciechowicz miała doskonałą do roli prezencję i postawę, zabrakło mi jednak w pierwszej części jej tańca mocniejszego kobiecego seksapilu. Być może to kwestia tremy, albo stresu spowodowanego problemami z tanecznym ogrywaniem długiego trenu, w którym musiała tańczyć. Wiem, że Syrena ma być chłodna, beznamiętna, ale musi mieć to „coś”, co Syna Marnotrawnego dosłownie zwali z nóg i nie jest to tylko owa królewska postawa, jaką Ciechowicz niewątpliwie prezentowała. Bardzo ucieszyła mnie obsada partii dwóch służących. Te żywiołowe i w dużym stopniu popisowe partie zatańczyli Paweł Koncewoj i Patryk Walczak. O ile pierwszy z nich to znakomity solista, o którego umiejętnościach i klasie długo można by pisać, o tyle drugi to artysta zespołu, w którym od czasu jego dyplomu całe warszawskie środowisko baletowe pokłada duże nadzieje. Oby bardzo dobry występ w Synu Marnotrawnym był dla niego początkiem serii coraz większych partii, bo ma po temu talent i warunki. Podkreślić wypada także znakomite przygotowanie „grupowej roli” Biesiadników  groteskowo-przerażających towarzyszy beztroskiej zabawy głównego bohatera, którzy ostatecznie ograbiają go i pozostawiają na pastwę losu. W wyrazistej roli Ojca jak zwykle świetnie znalazł się Siergiej Basałajew (przepraszam, wiem, że teraz nazwisko tego artysty piszemy na modlę angielską, ale nie potrafię się do tego przyzwyczaić – przecież to nasz, warszawski, polski artysta!).

Kain i Abel Emila Wesołowskiego do muzyki Andrzeja Panufnika to zupełnie inna bajka. W jakimś sensie to historia nie tylko bardzo uniwersalna, jak jej biblijny pierwowzór – choć poziom komplikacji opowieści o synach Ewy usiłowano nam przybliżyć w programie do wieczoru), ale wręcz do pewnego stopnia abstrakcyjna. Dla mnie imiona Kain i Abel były obciążeniem przy oglądaniu tej choreografii. Widziałam dwóch mężczyzn – może braci, ale może przyjaciół, ich walkę o kobietę, niechęć jednego do drugiego, czystą zawiść. Jakkolwiek bardzo piękny był początek (scena w domu rodzinnym, przy stole, z Ewą – Matką), o tyle zaciemniała ona prostotę opowieści. Dalej opowieść nieco się „rozwadnia” – jest świetne solo zawistnego Kaina, ale i tańce miłosne Abla i Noemi, wraz z kolegami z „łąki” (nie mogłam się oprzeć porównaniom z „redykiem” z Harnasi, biorąc pod uwagę, że Biblia głosi, że Abel był pasterzem). Tak naprawdę ważny jest finał – brutalne morderstwo na Ablu, dokonane zresztą nie przez jednego Kaina, ale przez całą grupę jego kolesi-Kainów. Tu też balet nabiera mocy. Ciekawie sceniczną przestrzeń wypełniły pochylnie dla wrotkarzy, znakomite było też operowanie światłem. W tej części wieczoru najbardziej brakowało mi… tancerzy. Vladimir Yaroshenko i Sergey Popov obsadzeni jako Kain i Abel odtańczyli choreografię poprawnie, miejscami nawet porywająco, ale zabrakło im osobowości, by wypełnić ramy nakreślone przez choreografa czymś więcej. Abel był przez to „ciepłą kluchą” zdziwioną atakiem brata, a Kain – zazdrosnym brutalem, w którym zabrakło wewnętrznego dramatu, rozdarcia, wadzenia się z Bogiem czy światem… Tu za to pięknie zaprezentowała się Magdalena Ciechowicz w podwójnej roli Ewy-Noemi: jako matka skupiona, ciepła, choć i surowa, jako ukochana Abla – eteryczna.

Dla mnie jednak sukcesem wieczoru okazała się trzecia część – Sześć skrzydeł aniołów w choreografii Jacka Przybyłowicza. Nie spodziewałam się, że ten niemal abstrakcyjny balet luźno oparty na idei istnienia serafinów, wyższych aniołów, opiekunów, przerodzi się w tak totalne widowisko taneczne. Duża w tym zasługa również współtwórców baletu: scenografa Borisa Kudlicki (brawa za różnorodne formatowanie otworu sceny i „foliowe” dekoracje, kostiumografa Pawła Grabarczyka (kapitalne kostiumy-body serafinów klasycznych), reżysera świateł Marca Heinza i autorki projekcji Ewy Krasuckiej. No i doboru muzyki: fragmentów wielkich dzieł sakralnych Vivaldiego, Bacha i Pergolesiego i muzyki elektronicznej Prasquala. Sama choreografia była naszpikowana tak charakterystycznymi dla stylu Przybyłowicza elementami plastycznej ekspresji (w tańcu serafinów współczesnych), ale też przepleciona nicią klasycznych wejść, póz, duetów i scen zbiorowych utrzymanych w technice klasycznej en pointe. Dało to niepokojący, zamierzenie dysonansowy, bardzo ciekawy efekt. Do tego doszły elementy, które przywodziły na myśl teatr tańca (przejaskrawione ruchy naturalne, „tańczące” rekwizyty, etc.). Jeśli miałabym coś zarzucić tej choreografii, to przeszkadzało mi przenoszenie z miejsca na miejsce postaci „zmarłego” lub „śpiącego” nieszczęśnika, nad którym tańczą serafiny i na samym początku zbytnie podobieństwo niektórych elementów rysunku choreograficznego do poprzedniej dużej pracy Przybyłowicza na warszawskiej scenie – Symfonii „Pieśń o nocy”. Trudno to wyróżnić kogokolwiek z dużego zespołu tancerzy i tancerek, biorących udział w wykonaniu, ale kilka nazwisk trzeba wymienić. Jak zwykle kapitalny był Jacek Tyski, ale i Vladimir Yaroshenko. Język choreograficzny Przybyłowicza znakomicie interpretowały Dagmara Dryl, Aleksandra Liashenko, Marta Fiedler. Wśród serafinów klasycznych w pięknym duecie zachwyciła Yuka Ebihara (było w niej coś z tancerek NDT), ale z wielką przyjemnością patrzyło się na nieskazitelne linie klasycznych póz Izabeli Milewskiej, Anety Zbrzeźniak i innych tancerek Polskiego Baletu Narodowego.

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kw