Casanova pomiędzy konwencjami

Casanova w Warszawie – brzmi trochę jak połączenie Fircyka w zalotach i Giuseppe w Warszawie – i coś w tym jest, choć Casanova nie był wcale tak zagubiony w stolicy Polski, kiedy tu przebywał jak Giuseppe, a w zaloty chodzić nie musiał… Casanova w Warszawie Krzysztofa Pastora to balet specyficzny, a jego specyfikę dość trudno odmalować czy ująć w jednym zdaniu. Powstał ze współpracy artystów tak różnych, tropów tak indywidualnych, że  – przyznaję szczerze – zachodziła obawa, że się nie uda. A jednak to wszystko razem zagrało i gra aż miło. Na pewno jednak wybierając się na ten balet trzeba wyzbyć się paru założeń i paru przyzwyczajeń, bo mogą być mylne i doprowadzić do rozczarowania. Przede wszystkim nie jest to wielki balet z akcją i tanecznymi popisami na wzór XIX-wiecznych klasycznych baletów, co mogła by sugerować oprawa plastyczna. Akcja owszem jest i to wywiedziona wprost z prawdziwych przeżyć Casanovy goszczącego w Warszawie i opisanych w jego pamiętnikach. Nie jest to jednak akcja o mocnych węzłach dramaturgicznych, a wielość postaci drugoplanowych służy raczej odmalowaniu kolorytu epoki i czasów Stanisławowskich na warszawskim dworze niż wzbogaceniu „dziania się”. Nie należy się przywiązywać do tego, kto jest kim z licznych wyfraczonych panów, choć to wspaniała baletowa lekcja historii i po powrocie ze spektaklu warto zapoznać się (o ile takiej wiedzy nie wyniosło się ze szkoły), kim był książę Czartoryski, hrabia Moszyński i inni…

Po drugie taniec służy tu jako narzędzie wypowiedzi i nośnik emocji, ale ponieważ poza kilkoma momentami emocje te nie są jakoś szczególnie rozbuchane, taniec jest tu przede wszystkim tym, czym był na dworze Stanisławowskim – popisem tancerzy, bukietem piękna, harmonią ruchów splecionych z muzyką Mozarta, umiejętnie i z szacunkiem dobraną przez dyrygenta Jakuba Chrenowicza (świetny pomysł z użyciem arii sopranowych, które wykonuje Joanna Woś i włączenie śpiewaczki do akcji scenicznej). Z drugiej strony popis taneczny nie jest tu tak oczywisty, jak w klasycznych baletach. Nie zobaczymy sekwencji skoków, kroczków i piruetów, które nawet laik potrafi ocenić i określić jako popisowe, bo przecież „kiedy tancerka długo podskakuje lub obraca się na jednej nodze to musi być popisowe i trudne”. W Casanovie popis i uroda tańca są wyrafinowane, zasadzają się na lekkości specjalnie niepodkreślanych, a trudnych techniczne elementów, jak skoki czy partnerowania w duetach. Nie ma długo trzymanych póz i wdzięcznych upozowań, jest ciągły – lekki i wdzięczny, czasem celowo „zmanierowany” na XVIII-wieczną modłę taniec. Ten balet mimo użycia elementów XX-wiecznej plastyki ruchu w połączeniu z najlepszą klasyką, ze tymi wszystkimi pas de bourree, jetes itd., które tak uwielbiamy, jest płynny i wydaje się naturalny.

Po trzecie – mimo, że jest to balet fabularny, mamy tu sekwencje potraktowane dość klasycznie – w których z założenia nic się nie dzieje w warstwie dramaturgicznej, po prostu piękny obrazek, na którego tle ewentualnie rozgrywa się pantomima zawiązująca akcję. Tak jest w początkowej scenie w teatrze, gdy Casanova po raz pierwszy przybywa za kulisy w towarzystwie swego przyjaciela Campioniego, tak jest na balu u Czartoryskich, gdzie elegancki świat ówczesnej Warszawy po prostu zabawia się tańcem, aż do duetu Casanovy z Księżną i przybycia króla. Za to dwa momenty „baletu w balecie”, czyli występ baleriny Binetti i balerino Le Piqua na balu w duecie Diana i Endymion i balecik w Operalni Sąd Parysa, dzięki swej urodzie i wykonaniu przez wspaniałą obsadę zyskują zadziwiająco wiele mocy i przyciągają uwagę – choć przecież to właśnie tam tak naprawdę nic się na scenie nie dzieje.

Długo by jeszcze można wyliczać takie subtelne złamania konwencji, czy raczej zawieszenia między nimi, które powodują, że Casanova w Warszawie niełatwo poddaje się prostemu osądowi: dobry/zły, ciekawy/nudny, ładny/brzydki, nowatorski/staromodny. Bo on nie jest ani taki, ani taki. Dużo zachwytów zbiera, ale też i dużo zamieszania w głowach widzów robi bajeczna oprawa plastyczna autorstwa Gianniego Quaranty. Ponieważ myślimy schematami, to część widowni widząc te bogate haftowane stroje i peruczki, te malowane na tiulu kulisy, kryształowe żyrandole i sztuczne świece za kulisami sztucznej Operali, oczekuje grand baletu ze wszelkimi szykanami. Tymczasem, poza dwiema może scenami, to balet raczej kameralny, również dlatego, że scenografia zamyka go w malej, ograniczonej przestrzeni, a mnogość postaci nie przekłada się na wielkie ilościowo, grupowe rozwiązania choreograficzne. I chyba dobrze, bo przecież świat XVIII-wiecznych salonów był światem kameralnym, patrząc na zachowane sale pałacowe nie spodziewamy się przecież, że mieściłyby się w nich tłumy (no może poza Wersalem) ale wszak pozostajemy w Warszawie… A ci, którym cudowne stare rzemiosło malowania horyzontów i tiuli kojarzy się wyłącznie z „kiczem” i „landszaftem”, niech na Casanovę nie przychodzą.

Krzysztof Pastor oszczędnie używa „pantomimy baletowej” , ale ten balet zmusza go do tego w kilku wypadkach – bo jak zasygnalizować, ze nadchodzi król, lub że przyjechali zagraniczni tancerze? W większości przypadków jednak to czysty ruch, zarówno oparty na baletowych pas, jak i wywiedziony ze współczesnej plastyki i uruchomienia całego ciała, opowiada, a raczej wyraża to, co jest do wyrażenia w Casanovie. Wraz z muzyką buduje nastrój, który charakteryzuje miejsce i wydarzenie (jak to jest w znakomitej, zmechanizowanej ruchowo scenie w loży masońskiej). Nie ważne jest przecie odtwarzanie rytuału masońskiego, dla baletu mogłoby to być zresztą nieciekawe. Ważne jest, by widz zobaczył i odczuł, że dzieje się coś tajemniczego, trochę groźnego, że trzeba przejść przez niezrozumiały dla postronnych ciąg działań, aby stać się „bratem”.

Sam taniec jest dla solistów w Casanovie bardzo wymagający – lekki, a naszpikowany elementami technicznymi, skokami, obrotami, podkoszeniami. Casanova (Vladimir Yaroshenko) tańczy 6 duetów, każdy w innym nastroju i z inna partnerką! Swoje chwile tryumfu mają trzy baleriny grające…. trzy baleriny, czyli: Yuka Ebihara jako Mlle Gattai, Aleksandra Liashenko jako Mme Binetti i Aneta Zbrzeźniak jako Mlle Casacci. Ta ostatnia ma może najsłabiej scharakteryzowaną postać, przez co wypada trochę bladziej przy kapryśnej Gattai i figlarnej Binetti, ale za to uwodzi słodyczą ruchu i wdziękiem (pewnie za to król Stanisław August wręcza jej jabłko – symbol zwycięstwa w Sądzie Parysa). Ebihara zachwyca jak zwykle niezwykłą harmonią ruchów i szczerością aktorstwa, Liashenko – no cóż – bryluje po prostu tak w tańcu, jak i w grze prezentując na przemian dąsy obrażonej primabaleriny i słodkie oczy przymilnej kochanki. Sekunduje jej Maksim Woitiul jako Branicki – nieco demoniczny w swych zatargach z Casanovą, ponury, a nawet brutalny i całkowicie odmieniony w brawurowej komicznej scenie w buduarze Binetti. Przypomina się zapomniane nieco określenie: vis comica. Zresztą nie ma tu słabych występów, gorszych ról – myślę, że z czasem mniej doświadczeni tancerze, którzy do tej pory występowali głównie w repertuarze współczesnym i abstrakcyjnym, także jeszcze więcej dodadzą akcentów aktorskich, owego artystycznego szlifu swoim partiom. Właściwie należałoby wymienić całą premierową obsadę, bo cała zasługuje na pochwały. Wspomnę jeszcze Patryka Walczaka jako Tomatisa – wiecznie w skoku i lansadach, Pawła Koncewoja jako Campioniego, Martę Fiedler jako Przeoryszę, Viktora Bankę jako hrabiego Moszyńskiego i Jarosława Zaniewicza jako stylowego księcia Czartoryskiego.

Ten tekst – jak widać – nie jest recenzją w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo recenzję popełniłam już dla innego tytułu. To prędzej impresja nad tym niezwykłym dziełem, jakie powstało z inspiracji pamiętnikami Casanovy, przetworzonymi i przefiltrowanymi przez wiedzę Pawła Chynowskiego na temat czasów Stanisławowskich i historię baletu w Polsce. Do tego swój talent (choć jak sam mówi, z oporami) zaprzągł Krzysztof Pastor, a blaskiem otoczyli Gianni Quaranta, którego kostiumy i scenografia konstytuują ten spektakl i Mozart ze swym geniuszem. Mimo wszystko to nie jest spektakl tak łatwy w odbiorze, jak by się zdawało, choć przeznaczony dla szerokiej publiczności. Bo trzeba się w nim otworzyć na to przenikanie konwencji, które tak łatwo przychodzi nam zaakceptować np. w filmach kostiumowych, dziś znów wracających do łask, w których jednak nie wszystko jest tak, jak „być powinno”. Dziwiły mnie na premierze narzekania niektórych widzów, że to balet zbyt lekki, błahy i konwencjonalny, z drugiej – że za mało popisowy, z trzeciej – że miejscami nudnawy. Owszem, jest parę miejsc, w których dość szybkie tempo zwalnia i akcja staje, a treścią jest czysty taniec, ale w wielkich baletach to raczej przyjęta praktyka – po pierwsze, aby soliści mieli chwile wytchnienia, po drugie aby nacieszyć oczy widzów scenami zbiorowymi czy stworzyć tło dla wydarzeń. Być może my już dziś nie potrafimy zaakceptować takiej konwencji? Może publiczność, która kocha Pastora za balety współczesne, nie potrafi już wejść w konwencję baletu fabularnego, a z kolei dla miłośników klasycznego baletu spektakl bez 32 fouettes nie jest popisowy? Ostatnia scena spektaklu – której nie będę opisywać, bo po pierwsze chcę, aby widzowie, którzy wybiorą się na jeden z kolejnych pięciu spektakli mieli niespodziankę, a po drugie – bardzo wieloznaczna – jest tak naprawdę uzasadnieniem i wzięciem w nawias całego tego „baletu płaszcza i szpady”. Myślę, że udanym.

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie, recenzje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

17 odpowiedzi na „Casanova pomiędzy konwencjami

  1. Torin pisze:

    Hmmm – konieczność oglądnięcia wzrosła 🙂

  2. Adaś Miałczyński pisze:

    Tak się składa, że miałem wątpliwą przyjemność oglądania dziś tego baletu i nie ze wszystkim, jako zwykły prosty, ale doświadczony widz, mogę się zgodzić. Spektakl, który widziałem był kiepski, nudny, miałki. Nawet nie powiem, że był zły czy brzydki, ale jakiś nijaki. Bez żadnej energii, bez akcji. Niby była jakaś fabuła, ładne kostiumy, muzyka (w końcu Mozart), ale zero emocji, siły. I ta usypiająca, jednostajna choreografia. moje wrażenia na koniec to obojętność i znużenie. Coś strasznego. Jedyny plus to znakomity zespół i soliści, którzy dobrze zrobili swoje.
    Jestem miłośnikiem sztuki baletowej i w ciągu ostatnich lat widziałem 2 dobre przedstawienia w T.W. (Sen nocy letniej i Don Kichot), przepraszam jeszcze ” Święto wiosny” Bejarta. Reszta premier, dla mnie i niestety dla wielu widzów, nie do oglądania. A w każdym razie za słaba na tak znamienitą scenę.
    I jeszcze jedno pani Katarzyno. Nawiązując do Pani słów. Publiczność nie kocha Krzysztofa Pastora. Publiczność ma dość jego baletów nie tylko współczesnych, ale wszystkich, bo wszystkie są takie same. Zresztą jej większość została już przez niego i jego dziła skutecznie zniechęcona do przychodzenia do teatru.

    • Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

      O odczuciach i gustach trudno dyskutować, świetnie, że podzielił sie Pan swoimi bo oczywiście wolno Panu nie zgadzać się z moimi i opisać swoje. W takich sytuacjach zawsze mówię, że ja ze swej perspektywy opisałam założenia i stwierdziłam, czy zostały spełnione, potem czy zostały warsztatowo dobrze i ciekawie opracowane (to już może być subiektywne) i po trzecie czy mnie sie podobało. Mnie tak- Panu nie… W takich chwilach przykro mi, że ktos nie miał tak przyjemnych doznań jak ja, ale tez kiedy komuś sie cos podoba, a mnie przeciwnie – zazdroszczę tej osobie przyjemnych wrażeń, których mnie nie dane było zaznać.
      Nie napisałam, że cała publiczność kocha Krzysztofa Pastora (a raczej jego balety), tylko że tak która kocha, może byc zbita z tropu „Casanovą”. Sama znam widzów, którzy tego choreografa nie kochają, ale tez nie maja tak kategorycznych sądów jak Pan, ale to też sprawa subiektywna. Pozdrawiam

      • Gość 2 pisze:

        @Adaś Miałczyński. @Katarzyna Gardzina-Kubała – Podziwiam takt Pani Katarzyny, gospodyni nie wypada inaczej, „gość w dom, Bóg w dom”. Nawet jeśli dostał się tu „na wnuczka”. Na razie tylko bluzga, nie bije między oczy, ale warto mieć pod ręką numer na policję. Bo demokracja – proszę Blogowiczów – daje też szanse ujawniania swoich myślątek Adasiom à la Koterski, których (cytuję) „żałosne życie, codzienne problemy, nieudane związki, wkurzający sąsiedzi, irytujący szefowie we frustrującej pracy” zmuszają do głoszenia głupot w imieniu publiczności, a nawet narodu. Ja bym z nimi nie dyskutował, zalecając raczej pastylki na neurozę.

      • Adaś Miałczyński pisze:

        Ale mi się nazbierało. Więc po kolei. Pani Katarzyno chcę powiedzieć, że ja też szanuję Pani i w ogóle wszystkie inne niż moja opinie. Pozostając przy swoim zdaniu dziękuję za rzeczowy komentarz.
        Co do słów @Gościa 2 to nawet nie chce mi się tych bzdur komentować. Gościu 2 spokojnie, po co się tak denerwować, to niezdrowe. Nie wszyscy muszą mieć te same poglądy. Ja wyrażając swoją krytyczną, subiektywną opinię nie obrażam ludzi myślących inaczej.

  3. monika_p pisze:

    Pani Katarzyno,
    Ten spektakl to prawdziwa perełeczka. Bardzo spójny – muzyka, wspaniała scenografia, światło i oczywiście choreografia. Nie mogę zgodzić się z opinią, że spektakl był nudny. Sceny w obu aktach były bardzo zróżnicowane. W pierwszym akcie sceny „dworskie” zupełnie w innym nastroju i sposobie tańca, niż scena w loży masońskiej. W drugim akcie bardzo ciekawa scena pojedynku na szpady z interesującym pomysłem zwolnień akcji, jak również dowcipna, zainscenizowana z przymrużeniem oka, scena w żeńskim klasztorze.
    @Adaś Miałczyński – nie wszystkim musi podobać się to samo, ale przydałoby się Panu więcej pokory. Wypowiadanie się w imieniu publiczności jest sporym nadużyciem. Również byłam na spektaklu sobotnim i słyszałam jak entuzjastycznymi brawami zareagowała publiczność, która spektakl oglądała. Proszę sprawdzić jak wygląda sprzedaż biletów na to przedstawienie. Dzięki choreografiom Krzysztofa Pastora udało mi się zachęcić sporo bliższych i dalszych znajomych do odwiedzania Teatru Wielkiego. Trudno mi się również zgodzić, że wszystkie jego choreografie są takie same. A już z cała pewnością choreografia do Casanovy jest zupełnie inna. Zwykle tematyka jego spektakli jest poważna, wymowa choreografii abstrakcyjna – tu mamy do czynienie z lekka tematyką i choreografią zdecydowanie epicką (czy jak to mówi Pani Katarzyna fabularną)

    • Adaś Miałczyński pisze:

      Odpowiem Pani, że faktycznie brak mi pokory, ale też nie widzę powodu, aby przejawiać ją w jakimś wielkim stopniu, jako widz, określił bym się raczej jako wymagający. Pokorę pozostawiam twórcom. A opinie, które wypowiedziałem naprawdę nie są tylko moje. To fajnie jednak, że są ludzie, którym się podobało, cieszę się, żę chociaż Pani i Pani znajomi spędzili przyjemny wieczór.

      • Luella pisze:

        Ce n’est qu’une boutade mais on a dit que Churchill avait eu le prix Nobel de Littérature parce qu’on ne pouvait pas décemment lui offrir le prix Nobel de la Paix.De Gaulle ou lui sont de grands hommes; ils ont laissé leur nom, le premier à une trique, le second à un cigare, mais dans leurs mémoires les homme politiques prennent la pose pour l&;uisorHistoqre et la récrivent plus qu’ils ne la racontent. Ça vaut depuis Jules César et je crois qu’il est plus sage de se fier à Suétone.

  4. ObserwatorKultury pisze:

    Rozumiem, że jest to Blog poświęcony WYŁĄCZNIE życiu baletowemu w Warszawie? Może warto to jakoś zaznaczyć w tytule bloga, bo ilekroć wchodzę tu, żeby zerknąć czy jest jakaś relacja z innych ośrodków (chociażby, albo może przede wszystkim: w naszym kraju) to niewiele znajduję. Nawet taka okazja jak prapremiera baletu Przemysława Zycha-Jacka Tyski „Alicja w krainie czarów” okazuje się niewystarczającym pretekstem by się ruszyć z miasta stołecznego 🙂 Oczywiście to tylko taki drobny zarzut czytelnika treści kulturalnych w blogosferze. Rozumiem, że ten Blog to przedsięwzięcie prywatne i Autorka pisze o czym ma ochotę. Ale pewnie czytelnicy mieliby ochotę przeczytać coś bardziej pozawarszawskiego i pozamazowieckiego 🙂

    • Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

      Dzień dobry – właśnie wróciłam ze Szczecina, ze spektaklu „Alicji w krainie czarów” Relacja wkrótce. 14 godzin w pociągu (tak, blog to jest przedsięwzięcie prywatne, więc ten pociąg był za własne pieniądze), a obejrzałam dopiero trzecie z rzędu przedstawienie, bo wcześniej byłam na Łódzkich Spotkaniach Baletowych , o czym także wkrótce. Maj mamy tego roku wyjątkowo baletowy, więc zanim ObserwatorzeKultury zarzucisz mi, że nie byłam na premierze wieczoru baletowego w Krakowie to od razu sie przyznam – tak, nie byłam, trzeba jeszcze na chlebek i bilety do teatru zarabiać, jeść i spać. Autorka bardzo by chciała pisać o wszystkim, ale moje chęci nie maja tu nic do rzeczy – wybory kształtuje rzeczywistość, finanse, zaproszenia i zamówienia. Czasem o spektaklach spoza Warszawy pisze tam, gdzie zamawiają i płacą – nie słyszałam zresztą by jakiemukolwiek blogerowi, a nawet recenzentowi gazetowemu ktoś mówił,co ma recenzować…..

      • ObserwatorKultury pisze:

        Bardzo dziękuję za odpowiedz. Możliwe, że to tak zabrzmiało, ale nie było moim zamiarem stawiać jakieś zarzuty. Przede wszystkim nie jestem żadnym znawcą baletu – trafiłem tu przez przypadek szukając w necie informacji o tej „Alicji” bo to w sumie zaskakujące, że się gdzieś w Polsce wystawia nowe balety, specjalnie napisane dla konkretnej sceny. Ale cieszę się, że Pani tam była i pewnie niebawem przeczytam relację 🙂
        Generalnie, jak wiadomo, kultura w naszych mediach nie gości zbyt często i systematycznie a jak już coś jest to przeważnie obserwowane są ciągle te same miejsca. A słyszałem, że tamtejszy balet nabiera rumieńców skoro ma tam pracować Cathy Marston.
        Pozdrawiam serdecznie i będę śledził ten interesujący Blog.

        • Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

          Dziękuję, po prostu po 8 godzinach spania na siedząco nerwy mi puściły, kiedy przeczytałam ten wpis – właśnie dlatego balet nie gości na łamach mediów, że mało komu sie chce tak samemu z siebie ponosząc koszty (a nie bardzo mając z czego) jeździć, oglądać i pisać, a same media nie zamawiają tego typu relacji. Ja i tak mam szczęście, bo część wydarzeń opisuje dla Ruchu Muzycznego, część dla portalu taniec.POLSKA.pl. Tu pisze o tych, o których nie mam gdzie napisać, albo… nie mogę sie powstrzymać, żeby nie napisać więcej niż tylko tyle ile miejsca oferują media. Takiej analizy, na jaką pozwoliłam sobie w przypadku „Casanovy” nie opublikowałoby mi żadne pismo 😉 A wracając do „Alicji” to dyrekcja Opery na Zamku w Szczecinie powiedziała mi wczoraj, że częściej przyjeżdżają do nich recenzenci z Niemiec niż z Polski… kwestia komunikacji, ale nie tylko….

  5. P. M. pisze:

    @ Katarzyna Gardzina-Kubała

    Bardzo dziękuję za Pani rozbudowane impresje. Nie oglądałem co prawda premierowej obsady a tą z Robinem Kentem w roli głównej, ale byłem bardzo usatysfakcjonowany. Intrygująco zapowiedziała Pani ostatnią scenę przedstawienia, i ona rzeczywiście była zaskakującą – bo odmienną od całego spektaklu – puentą. Tak jak Pani pisze: „wieloznaczną i udaną”.

    @ Adaś Miałczyński

    „Bez żadnej energii, bez akcji”, „zero emocji, siły”, „usypiająca, jednostajna choreografia”? Mam wrażenie, że Pan opinię taką już miał zanim obejrzał ten spektakl, o ile Pan go w ogóle widział. Tak niedorzecznych stwierdzeń nie można traktować poważnie. Podobnie jak zdania, że wszystkie balety Krzysztofa Pastora są takie same. Może myli go Pan z jakimś innym choreografem?

    • Adaś Miałczyński pisze:

      Rozumiem, że poważnie należy traktować tylko opinie zgodne z tym, co Pan myśli, kto ma inne zdanie jest niepoważny. Niestety nie tylko widziałem, ale i słyszałem wiele podobnych, jak Pan to określił ,,niedorzecznych stwierdzeń”. W takim razie wolę pozostać niepoważny.

      • P. M. pisze:

        Pan pod płaszczykiem subiektywnej oceny Pana – „wymagającego widza” – oraz „wielu osób” rzuca do bólu tendencyjne oszczerstwa, nie podejmując nawet próby argumentacji.

        No i jak tu traktować takie wypowiedzi poważnie?!

  6. Gość 2 pisze:

    Adasiowi na pohybel – z facebooka TW-ON. No, chyba że jako „zwykły prosty, ale [nie!]doświadczony widz” chce się uczyć od fachowców jak patrzeć na balet: http://www.criticaldance.org/2015/06/02/a-dissolute-life-makes-a-splendid-ballet-polish-national-ballet-in-casanova/

  7. gość 1 pisze:

    Widziałam spektakl dzisiaj w innej obsadzie niż opisywana i też wywarł na mnie ogromne wrażenie. Żałuję trochę, że nie udało mi się zobaczyć (i usłyszeć) na przykład Aleksandry Liashenko, Marty Fiedler, Marii Żuk czy Joanny Woś. Wszystkie elementy spektaklu – taniec, muzyka, śpiew, kostiumy i scenografia – pozwalały na przeniesienie się w czasie. Bez względu na to, ile prawdy było w tym obrazie epoki stanisławowskiej, mnie ten świat pochłonął bezgranicznie. Spektakl inny niż wszystkie, którego nie da się zapomnieć. Oby więcej takich zaskoczeń w TW-ON i jak najwięcej Krzysztofa Pastora, którego publiczność kocha:).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*