Czy oglądanie baletu wymaga kompetencji?

Jeszcze zanim napisze ten tekst wiem, że wielu osobom się narażę, ale niech tam – nie pierwszy to raz, a zapewne i nie ostatni. Od razu więc, wyręczając potencjalnych oponentów i oponentki ustalę: tak, jestem „starą konserwą” – wraz z kolejnymi latami może coraz mniej „konserwą”, a coraz bardziej „starą”, ale generalnie nie należę do wielkich admiratorów awangardy w sztuce, chociaż uczę się. Mój konserwatyzm jest jednak o wiele głębiej zakorzeniony, bo jak mi się wydaje jestem tzw. „dobrze wychowana” ze wszelkimi tego potwornymi konsekwencjami. Np. jestem poograniczana różnymi „nie można” i „nie wypada”. Generalnie słabo jestem przygotowana do dzisiejszych wspaniałych czasów, kiedy wolno wszystko, kiedy autorytety (a co to?) idą w kąt, a instytucje narodowej kultury, starając się udowodnić, że nie są wielbłądami, mizdrzą się do tzw. szerokiej publiczności, albo i „niepubliczności”.

Teraz kiedy już wyrzuciłam z siebie to wszystko, napiszę wreszcie, co mnie na tyle poruszyło, że musiałam „wypisać się na blogu, choć od miesięcy nie znajduje czasu, aby coś tu skrobnąć. Rok temu zresztą to samo wydarzeni poruszyło mnie podobnie i podobne impresje wywołało. Spotkanie promocyjne książki Rozmowy na nowy sezon cz. 2, jakie odbyło się w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej tym razem wywołało we mnie inne, ale równie silne uczucia. I znów najmniej będzie o samej książce, choć gdyby porównać z poprzednią edycją, to rozmowy prof. Ewy Łętowskiej i Tomasza Pawłowskiego są równie inspirujące i rozwichrzone, rozmowy Ewy Krasuckiej i Pawła Chynowskiego równie kształcące, natomiast memy Marty Frej chyba nieco mniej udane (z nielicznymi wyjątkami). Może tytuły oper i baletów były mniej inspirujące, może ich tematyka za trudna do przełożenia na mem, ciężko orzec dlaczego tak się stało.

Jak jednak napisałam, ja nie o tym… Sama forma tej książki jest dziwaczna i niepodobna do niczego, dzięki czemu każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Generalnie to swoista gra z czytelnikiem, niby popularyzatorska i zachęcająca, ale najwięcej przyjemności z czytania jej ma wytrawny znawca opery i baletu, ba, repertuaru i historii Teatru Wielkiego – Opery Narodowej i Polskiego Baletu Narodowego w szczególności. Rozmowa na spotkaniu promocyjnym toczyła się właśnie wokół owej przyjemności z odbierania dzieła operowego i baletowego na różnych poziomach, a została sprowokowana pytaniem prowadzącej „jakie kompetencje trzeba mieć i czy trzeba mieć, aby zrozumieć operę i balet, aby mieć przyjemność z przyjścia do opery”. Oczywiście na tak postawione pytanie wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że nie trzeba mieć żadnych (bo to prawda) , po czym zaczęli dodawać chyłkiem różne „ale” – bo to też prawda. I tak sobie myślę, że z jednej strony owszem zdarza się, że ktoś po raz pierwszy bez żadnego przygotowania wyciągnięty na Toskę czy Traviatę, albo Jezioro łabędzie zachwyci się, zakocha i „wsiąknie”, ale, jak pokazuje przykład wycieczek szkolnych do teatrów muzycznych – nie jest to zjawisko częste… Więc jak to z tymi kompetencjami jest?

Celna była uwaga Pawła Chynowskiego, że potrzebna jest pewna wrażliwość, myślę, że w oglądaniu sztuki w pewien sposób hermetycznej, bo posługującej się skodyfikowanym językiem (balet) i specyficzną konwencją (opera) wrażliwość i otwartość jest kluczowa. Słusznie odwrotną zależność wskazał Krzysztof Pawłowski, mówiąc, że badania potwierdzają, że społeczeństwa w sposób masowy korzystające z takich bardziej wysublimowanych i trudniejszych rodzajów rozrywek są bardziej otwarte, również na innych, czyli odmiennych ludzi, odmiennych nie tylko rasowo czy narodowościowo, ale także wyznających inne wartości, pasjonujących się czym innym, oryginalnych… Zatem może nie bójmy się i nie wstydźmy się powiedzieć, że jednak z kompetencjami do korzystana z kultury wysokiej jest jak z pieniędzmi: szczęścia nie dają, ale szczęściu pomagają. Mieć nie trzeba, ale dobrze jest je mieć. Pod koniec spotkania prof. Łętowska wskazała, że jednak fajnie jest się do obejrzenia opery czy baletu przygotować, bo dopiero jak poznała nazwy póz i kroków baletu klasycznego, dowiedziała się, co znaczą poszczególne skonwencjonalizowane gesty, jak każda z tych rzeczy powinna być wykonana – wtedy dopiero zrobiło się ciekawie, wtedy zaczęła się frajda. Ale oczywiście – dodała – można i bez tej wiedzy, można oglądać, jakie to ładne, kolorowe obrazki, scenografia…

Za mały ze mnie żuczek, żebym śmiała w jakikolwiek sposób zarzucić prof. Łętowskiej cokolwiek, ale może nie trzeba się tak bać, że przestraszymy domniemanych nowych widzów opery czy baletu stawiając im jakieś warunki wstępne, czy raczej podpowiadając coś? Ostatecznie przy innych rozrywkach, innych sztukach czy np. sporcie ludzie nie mają takich zahamowań. Czy ktokolwiek mówi: „nie znam przepisów koszykówki, to nie będę oglądał tego meczu, nie znam się…”? Nie, siada, ogląda, jak czegoś nie rozumie, to pyta znawcę. Oczywiście wiedza na temat zasad koszykówki jest może nieco bardziej dostępna niż zasady techniki tańca klasycznego…

Skąd więc ta cała obawa? Sądzę, że bierze się to z dwóch powodów. Po pierwsze, w XIX wieku, kiedy zaczęto budować wspaniałe wielkie teatry operowe, po okresie demokratyzacji tej sztuki (gdy z teatrów dworskich opera i balet przeniosły się do gmachów publicznych), spektakle operowe i baletowe stały się snobistyczną rozrywką, gdzie trzeba było się pokazać i bez paru kilogramów brylantów na szyi i karety zaprzężonej w cztery konie się nie bywało. Taki wizerunek opery i baletu rozpowszechnił się wśród ludzi, którzy do opery nie chodzą, choć zawsze były galerie, „jaskółki”, czy wcześniej „stojące” partery, gdzie niezamożny, albo nawet bardzo ubogi widz, który po prostu kochał sztukę, mógł ją podziwiać, oklaskiwać swoje gwiazdy. Słusznie zauważono podczas spotkania, że i dziś wielu osobom tylko wydaje się, że opera i balet to taka niedostępna rozrywka, bo pewnie bilety są drogie i nie ma miejsc. Owszem – czasem miejsc nie ma, ale najbardziej oblegane są tytuły najbardziej popularne, ale i wystawiane dość często, a bilety – owszem, są drogie, ale w każdym teatrze na świecie, nawet najelegantszym, są miejsca tanie, czasem wymagające specjalnych zabiegów, stania w kolejce, wiązania szaliczka na barierce, długiego oczekiwania, ale grunt, że ostatecznie wejdzie się na widownię za równowartość jednej filiżanki kawy w warszawskiej kawiarni. Sama, dokąd to było możliwe, przesiedziałam 15 lat na schodkach parteru Teatru Wielkiego.

Po drugie: wiedza – ta najbardziej podstawowa – na temat opery, baletu operetki czy innych bardziej elitarnych sztuk jest dziś o wiele mniej powszechna. Nie chcę tu wyjść na staruszkę, która z perspektywy długiego życia mówi „za moich czasów…”, ale niewątpliwie coś się w tej kwestii, i to nie na korzyść, zmieniło. Stało się tak zresztą nie tylko w operze i balecie, ale ogólnie w kulturze. Można rzec, że ona się zdywersyfikowała. Niemal nie ma już czegoś takiego, jak kanon, który człowiek mniej więcej kulturalny i wykształcony, choćby tylko w dawnej ośmioletniej szkole podstawowej gdzieś musiał spotkać. Teraz taki człowiek nic nie musi: zamiast nielicznych ostatnich lektur przeczyta omówienia albo obejrzy filmy, w teatrze czy choćby Teatrze Telewizji klasyki nie obejrzy, bo klasyka jest nudna i nie jest grana, a jeśli jest, to w formie tak interesujących poszukiwań artystycznych, że młody człowiek nie znający kontekstu i oryginału nic nie zrozumie. Nauczanie muzyki w szkołach leży na całej linii, przedmiot wiedza o kulturze jest zaś jakąś fikcją (nie chcę potępiać w czambuł jego realizacji, wszędzie spotyka się zaangażowanych nauczycieli i pasjonatów, ale systemowo nie robi się nic, aby młody człowiek, którego rodzice czy rodzina nie muszą nigdy zaprowadzić do teatru, na koncert czy balet) dotarł tam dzięki powszechnej, mającej wyrównywać szansy również w dostępie do kultury, szkole. Owszem, dzięki cyfrowym wynalazkom mamy nieograniczony, jak nigdy, dostęp do dóbr kultury. Zabawnie ujęła to prof. Łętowska, że wizyta w Operze Narodowej może być świetnym wstępem do wejścia na youtube’a, bo po spektaklu człowiek mniej zaznajomiony z operą czy baletem będzie chciał sobie wyszukać ten kawałek, który mu się spodobał, obejrzeć jeszcze raz, zaś bardziej wyrobiony – porównać niekończące się inne wykonania od historycznych po najbardziej współczesne z całego świata. Mamy nagrania, płyty, kanały tematyczne, transmisje… No właśnie, przy tym wszystkim kultura wysoka wegetuje u nas (bo nie wszędzie w Europie tak jest i na zachodzie, i na wschodzie) po kanałach tematycznych, dostępnych za dopłatą lub na życzenie, czyli przeciętny człowiek nie ma szansy zetknąć się z czymś tak dziwacznym jak opera czy balet przerzucając kanały w telewizorze. Nie wiem więc, czy to tylko moje złudzenie, czy jednak jakieś 20-25 lat temu przeciętny Polak, choćby z „Rewelacji miesiąca” czy „Wielkiej gry” wiedział, co to tenor, piruet, pas de deux, czy kto to Maja Plisiecka. Teraz jest to wiedza tajemna, choć w książkach do wiedzy o kulturze jest… Zresztą te 20-25 lat temu jak ktoś nie wiedział, to się tej niewiedzy wstydził, poszedł do domu i sprawdził w encyklopedii. Teraz ma Internet i Wikipedię, ale nie sprawdzi, bo się nie wstydzi, przecież nie musi się znać na balecie. Ano nie musi, bo teraz nic się nie musi – wracam do tematu kanonu. Kanon owszem, rozszerza się, myślę, że do kanonu dawno należą Beatlesi, wiele zjawisk z muzyki rozrywkowej, kina, również rozrywkowego, nie tylko ambitnego – Gwiezdne wojny, czy Władca pierścieni.  Coś, czego nie wypada znać.

I tu dochodzimy do sedna – nie wypada. To sformułowanie już nie istnieje, ostało się chyba tylko w dyplomacji, i to niekoniecznie polskiej. Za to pod dostatkiem mamy różnej poprawności politycznej i innej. W tym kontekście dwie rzeczy zadziwiły mnie podczas opisywanego spotkania. Zastrzegam, że nie ganię, tylko się dziwię, wiem, że gdybym dala wyraz swojemu krytycznemu osądowi byłabym niedzisiejsza, bardzo niepoprawna politycznie. Otóż Marta Frej, autorka memów do drugiej już książki o sezonie operowo-baletowym w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nie widzi nic niewłaściwego czy dziwnego w tym, że w operze nie była bardzo, bardzo dawno, a w tej, z którą współpracuje – nigdy, choć była wielokroć przez współpracowników przy książce namawiana. Powtarzam: ja się tylko dziwię, bo jakbym musiała choćby z racji zamówienia stworzyć kilkanaście ilustracji do oper i baletów, których nie widziałam, to chciała bym  którąś obejrzeć, nawet jeśli nie jestem – jak się Marta Frej wyraziła – admiratorką opery i baletu. Prowadząca spotkanie takoż oznajmiła zgromadzonym kilkakrotnie, że się na operze i balecie nie zna i nie bardzo wie, o co chodzi w niektórych wypowiedziach autorów, bo nie lubi…. I tu kolejna moja wątpliwość: ja rozumiem, że popularyzacja, nie straszymy potencjalnych widzów, ale skoro dwie ważne dla książki osoby mówią przy jej promocji, że nie lubią i nie chodzą, to znaczy, że mimo, że są tak blisko, mają możliwość i przewodników, a i tak z tego nie korzystają – czy to na prawdę dobra zachęta?

Oczywiście przy okazji tego spotkania znów przekonałam się, w jakiej wieży z kości słoniowej żyję, jak siedzę w tym całym balecie po szyję i nie zdaję sobie sprawy, jaki jest świat dookoła. Gdy prof. Łętowska zaczęła rozmawiać z Ewą Krasucką o liczeniu fouetté w Jeziorze łabędzim, panie siedzące niedaleko mnie szepnęły „ja nawet nie wiem o czym oni mówią”, po czym ich towarzysz sprawdził szybko w komórce w Internecie, jak wygląda fouetté – no, ale przynajmniej sprawdził, cała grupa była jednak w wieku słusznym, zatem nawykła do poszukiwania odpowiedzi. Od razu pomyślałam sobie, jak bardzo się cieszę z moich zajęć w jednym z warszawskich liceów z wiedzy o mediach i teatrze muzycznym. Przynajmniej ta trzydziestka młodych ludzi będzie wiedziała, co to fouetté i nie tylko to.

 

PS. Nikt na spotkaniu nie wspominał, że aby obejrzeć i zrozumieć spektakl można po wejściu do teatru kupić i przeczytać program, lub samo streszczenie, albo wcześniej przeczytać takowe w Internecie, słowniku baletowym czy innym podobnym zbiorze. Kiedyś streszczenia były zamieszczane na stronie internetowej Teatru… Dobrze, że wspomniano, że Polski Balet Narodowy przed większością spektakli organizuje spotkania wprowadzające z udziałem członków zespołu, choreografów, dyrygentów i pedagogów. Warte polecenia – bez mizdrzenia się do publiczności, rzetelnie przekazywana wiedza.

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*