Kreacje 10 – opuszczamy bezpieczny brzeg

Choć pewnie wypadałoby napisać parę kurtuazyjnych (ale szczerych!) zdań na temat jubileuszu warsztatów choreograficznych Kreacje (czy ktoś pamięta, że pierwsze nazywały się Creations?) Polskiego Baletu Narodowego, to przy aż piętnastu tegorocznych zaprezentowanych choreografiach przejdę od razu do rzeczy. Dziesiąta edycja Kreacji była nie tylko wyjątkowa pod względem ilości zgłoszonych uczestników, a co za tym idzie długości trwania pokazów (trzy godziny tańca, jak w porządnym XIX-wiecznym balecie klasycznym ze wszelkimi szykanami!), ale także pod względem jakości tych prezentacji. Były już oczywiście edycje może nawet równie udane, zresztą poniekąd celem Kreacji nie jest świetny wynik, a raczej interesujący i rozwijający uczestników proces, ale tym razem całość robiła naprawdę wielkie wrażenie! A było ono tym większe, że w sporej części mieliśmy do czynienia z choreograficznymi debiutami często bardzo młodych tancerzy warszawskiego zespołu. Ponadto, trzeba koniecznie podkreślić, że i młodzi, i rutynowani już choreografowie, sięgali po tak różnorodne środki wyrazu, że chyba po raz pierwszy nie mogłabym wskazać jednego dominującego „trendu” w ich pracach, jednego wzoru czy wpływu, któremu świadomie, lub podświadomie się poddali. Zdarzało mi się w latach ubiegłych zwracać uwagę, że uczestnikom warsztatu przytrafiło się ulec fascynacji jakimś efektem, np. świetlnym, czy też ruchowym. W tej edycji musiałabym się nagłowić, by taki przykład wskazać, choć oczywiście różne inspiracje (być może czasem bezwiedne) twórczością choreografów ostatnio współpracujących z PBN też można było zauważyć. To jednak nie błąd, bo nie jest błędem wzorować się na najlepszych… Właśnie uświadomiłam sobie, że pisałam to samo przy okazji debiutu choreograficznego Roberta Bondary w 2008 roku (Andante con moto). No i proszę jak daleko zaszedł ten artysta od tamtego pamiętnego wieczoru konkursu choreograficznego im. Bronisławy Niżyńskiej, który miał zresztą tylko tę jedną edycję.

Simple layers Lorenzo Albertiego to bardzo pięknie zakomponowana, intymna powieść o budowaniu zaufania, może bardziej o tym, że w jego budowanie trzeba włożyć pewien wysiłek. Język choreograficzny wydaje się tu być prosty, ale jego subtelność i wysmakowanie detalu oraz skupienie się na precyzji gestu, kroku, pozy pozwala stworzyć atmosferę wielkiego skupienia. Takiego, jakie potrzebne jest kobiecie, która stara się delikatnie dotrzeć do prawdziwego oblicza mężczyzny. Zbudowaniu skupienia służy też wykorzystanie długiej sekwencji ruchowej w całkowitej ciszy. Skontrastowanie „wesołkowatego” początkowego tańca mężczyzny z pozostałą powolną „rozmową” dwojga ludzi, odpychania, uspokajania i wycofywania się było świetnym pomysłem. Także wykonanie przez samego choreografa i delikatną Sae Kwon było znakomite.

Simple layers, fot. Vladimir Yaroshenko

Wszystko albo nic do muzyki Hansa Zimmera, Jerry’ego Goldsmitha, Jamesa N. Howarda i Vangelisa to tylko pozorne odejście Michała Chróścielewskiego od preferowanej przez niego dotychczas klasycyzującej estetyki (i mimo wszelkich niedociągnięć chyba wolałam tamto podejście). Połączenie muzyki filmowej z tematem wyboru kobiety między dwoma mężczyznami wydało mi się bardzo płaskie, oczywiste i nie dające pola do interpretacji. Od strony czysto technicznej widać było umiejętną prace nad partnerowaniami, poszczególne sekwencje były dobrze zakomponowane  w przestrzeni, ale już na przykład ich połączenia, a właściwie ich brak, bardzo przeszkadzały. Takie „prywatne” zejścia ze sceny dobrze sprawdzają się w choreografiach współczesnych, abstrakcyjnych, ale w miniaturze z treścią coś jej odbierały.

Amnezja Izabeli Zabłockiej to bardzo udany duet, który może być odbierany jako absolutnie abstrakcyjna kompozycja choreograficzna, ale także daje pole do popisu dla naszej imaginacji, nic bowiem nie jest tu oczywiste. Para – on i ona (świetni Eliza Walaszczyk i Vadzim Kezik) budzą się i usiłują poznać. Nie wiemy, czy pierwszy raz, czy też są zaskoczeni sytuacją, w jakiej się znaleźli: dlaczego ona z nim, dlaczego on obok niej. Wszystko to wyczuwa się zaledwie gdzieś na krawędzi zrozumienia, bo dominuje czysty taniec, intensywny, o czytelnych liniach i dobrych partnerowaniach, z elementami lekko akrobatycznymi.

No rush Pawła Koncewoja z muzyką Buena Vista Social Club nie narzuca żadnej poważnej ani głębokiej interpretacji tańca jednej kobiety (wykwintna i zdecydowana jednocześnie Marta Fiedler) z dwoma mężczyznami (Paweł Koncewoj i Dawid Trzensimiech). To przede wszystkim afirmacja szczęścia, zabawy, trochę flirtu, trochę droczenia się, dużo smaku i estetyki. Zwłaszcza zmienne oświetlenie (może było tego trochę za dużo) powodowało, że całość wydawała się bardzo bogata w nastroje i ciekawie rozłożona w przestrzeni sceny, podczas gdy to przestrzeń była kształtowana przez efekty świetlne. Szczególnie piękne były momenty, gdy widoczne były tylko czarne sylwetki tancerzy na rozświetlonym niebieskim tle, jak na tle morza lub niebieskiego horyzontu w pogodny letni wieczór. A wykonanie? Czy muszę dodawać, że znakomite?!

No rush, fot. Vladimir Yaroshenko

Debiut choreograficzny Patryka Walczaka Lab M pokazał przede wszystkim, że artysta umie operować zarówno parą – duety Pauliny Magier i Shunsuke Mizui’ego oraz Natalii Pasiut i Takeshiego Watanabe były bardzo udane – jak i tańcem solowym (eteryczno-dramatyczna kreacja Marii Żuk). Brakowało mi natomiast czytelniejszego połączenia tych elementów, może mniej symetrycznego rozplanowania ich na scenie. Jeśli jednak, jak można przeczytać w programie Kreacji, inspiracja wyszła od muzyki, to rzeczywiście Patryk Walczak dobrze oddał jej nastrój.

Paulina Jurkowska w swojej choreografii o żartobliwym tytule I’ve got ants in my pants so I need to dance (szkoda, że po polsku się nie rymuje: Mam mrówki w spodniach, więc muszę tańczyć) podobnie jak w  swoich poprzednich pracach warsztatowych bawiła się tańcem rozrywkowym w wyrazie, neoklasycznym w formie. Uprzedzę, że żadna z pięciu tancerek występujących w tym uroczym, trochę rewiowym tańcu, nie nosi „spodni”, za to czarno-białe, niby to grzeczne, a jednak bardzo seksowne „mundurki”. Do tego ostry taniec na pointach i piosenki Jamea Browna, i otrzymujmy prawdziwą „sex machine”. Może tylko szkoda, że jak trafnie ujęła to moja przyjaciółka, zabrakło tu jakiegoś suspensu, zakończenia, albo przełamania, żarciku na podsumowanie.

I’ve got ants in my pants so I need to dance, fot. Vladimir Yaroshenko

Warsztatowe choreografie Anny Hop przysporzyły jej już prawdziwe rzesze wielbicieli. Tegoroczne N°X także ich nie zawiodło, choć choreografka po raz pierwszy starała się odejść od komicznego wydźwięku swoich prac. Choreografię do muzyki Imagine Gragons cechowała ekstremalna brawura, siła, ostrość, nawet pewna drapieżność. Jak podkreślono w programie, chodziło o eksperymentowanie z partnerowaniem i tańcem na pointach. W obu przypadkach był to eksperyment bardzo udany: partnerował każdy każdemu, konfiguracje damsko-męskie, męsko-męskie i zbiorowe wciąż się zmieniały, a poszczególne mikro-sekwencje objawiały się w kwadratach jasno oświetlonej sceny. Dzięki czarnym kostiumom, mocnym „tatuażom” na nagich częściach ciała i kontrastowemu oświetleniu całość miała wyraz hard rockowy. W lekki nawias brały ją styl tańca samej Anny Hop, dodatkowo wystylizowanej dzięki czarnej peruce i… taniec na pointach Jordana Bautisty – ekspresyjny, pewny – uwaga – bardzo męski (i te trzepoczące dłonie!).  Zresztą wszyscy wykonawcy tego dziełka zasługują na najwyższe pochwały: Bianca Teixeira, Adam Myśliński i Francesco Leone. Jeden drobiazg – Hop znów przygotowała choreografię, w której w pewnym momencie wszystko wskazuje na to, że to już koniec i zdezorientowana publiczność zrywa się do braw, gdy tymczasem taniec rozpoczyna się na nowo. Założenie czy błąd?

N°X, fot. Vladimir Yaroshenko

Angels and Demons Rachael Vrbancic to zaskakująco dojrzałe i poruszające studium umysłu odpływającego, dręczonego urojeniami, popadającego w szaleństwo. Nie ma w nim jednak wielkich dramatów, żadnej egzaltacji i tragedii. Jest wyrafinowany ruch, drobne, czasem gwałtowne, czasem delikatne przyruchy ograne tak, że składają się na obraz czegoś budzącego niepokój, czegoś nie do opanowania. Ten mini-spektakl z pogranicza teatru tańca został znakomicie zainscenizowany dzięki wyrafinowanemu oświetleniu i teatralnym dymom, dodającym walor nierzeczywistości do scenicznej wizji. Małe wielkie kreacje stworzyli w nim Carlos Martín Pérez i Agnieszka Jankowska, ale także Melissa Abel, Marta Cerioli i Vadzim Kezik dodali swoje talenty do sukcesu tego poruszającego dzieła z muzyką Philipa Glassa.

Na podobnej strunie, ale w inny sposób, zagrał Bartosz Zyśk w The Glowing Man (Świetlistym). Niepokojące, czarno odziane istoty otaczają tytułowego Świetlistego (brawurowy Adam Myśliński – bardzo cieszy mnie świetny występ tego tancerza w kilku choreografiach tegorocznych Kreacji) – wszyscy poruszają się ni to płynnie, ni to mechanicznie, niejasny niepokój, obawa, przeczucie narasta. Choreografia nie przegadana, skupiająca się na stworzeniu nastroju za pomocą czystego ruchu i najprostszych środków scenicznych – czerń kostiumów, kontrastowe lub mięknące światło, a nawet szept wykorzystany w pewnym momencie zamiast muzyki. Rewelacyjnie zatańczyli: Jordan Bautista (znów, a to jeszcze nie koniec), Anna Czeszejko, Yuka Ebihara i Rinaldo Venuti.

The Glowing Man, fot. Rafał Kubała

Widzów Kreacji, którzy przyzwyczaili się raczej, że nasi klasyczni w wykształcenia tancerze lubią tu sięgnąć do innych technik tańca, zaskoczył Antonio Lanzo, serwując hołd dla muzyki Piotra Czajkowskiego i sztuki choreograficznej Mariusa Petipy. Valse imperiale do walca z II aktu opery Eugeniusz Oniegin zaaranżowany na trzy pary wypadł bardzo interesująco. Rzeczywiście młodemu choreografowi nie tylko udało się zaprezentować wyczucie stylu i estetyki popisowego pas w rytmie walca, ale i umiejętność wygodnego (w większości) łączenia klasycznych elementów, również w partnerowaniu, wysokich podnoszeń i skoków. Z trzech par udało się zrobić i grupę, i dać każdej z nich własny moment na indywidualny popis, tancerzom na sekwencje skoków (bardzo stylowe!), a tancerkom na piruety i grand jetés. Co warte podkreślenia, Lanzo, nie wypadając z Petipowskiej stylistyki, we współczesny sposób zagęścił ilość pas, przez co stworzył dość trudną technicznie choreografię. Nic dziwnego, że nie wypadła ona idealnie pod względem wykonawczym, były to jednak drobiazgi. Miło wiedzieć, że mamy wśród zespołu tancerza, który na poziomie choreograficznym wie, o co chodzi w XIX-wiecznym stylu klasycznym, ale potrafi go ożywić.

Valse imperiale, fot. Vladimir Yaroshenko

Kurusz Wojeński w choreografii trauMy postanowił zatrzymać się nad problemem doświadczenia przemocy w najbliższym otoczeniu (w tym przypadku w rodzinie) i nad wpływem tego doświadczenia na psychikę człowieka. Kto jeszcze sądzi, że balet/taniec to sztuka „niepoważna”, opowiadająca o bajkowych księżniczkach i królewiczach? Spektakl Kurusza Wojeńskiego był wystarczająco czytelny, by zobrazować trudny temat, a jednocześnie na tyle nie dosłowny, aby nie otrzeć się o banał. Nawet jeśli w ruch szły pięści (okrutny w swoim powolnym, ale pieczołowitym znęcaniu się ojciec – Carlos Martín Pérez), to tylko symbolicznie. Pewne gesty – małe natręctwa, powracające układy, także stawały się symbolami wewnętrznych przeżyć postaci i tego, co dzieje się w nich, gdy wchodzą w interakcje z drugim człowiekiem, albo gdy nagle, pod wpływem impulsu, trauma wraca. Dobrym pomysłem było zwielokrotnienie (rozszczepienie) postaci udręczonej bohaterki na kilka osób (i znów świetny, wyrazisty Adam Myśliński jako jedno z alter ego).

Bardzo udany i jednocześnie znakomicie, precyzyjnie zatańczony był balet In an hour Gianniego Melfi (muzyka: Ravi Shankar). Czy potraktować go jako abstrakcję, czy jednak doszukiwać się inspiracji mechanizmem zegara, trzeba przyznać, że choreograf umie operować i grupą, i tak aktywizować ciało tancerza, że proste gesty i ruchy, również rąk, kipią nagle masą pomysłów i przykuwają uwagę. Przy tym choreografię In an hour po prostu bardzo dobrze się oglądało, również dzięki doskonale zgranym tancerzom. Obiecujący debiut!

Mów don’t Move Joanny Drabik (wykonanie choreografki i Anny Hop) miało w sobie wiele z clownady, trochę z teatru ruchu, dużo z teatralnej improwizacji (jak sądzę, tak powstawało) i rozkosznej zgrywy dwóch tancerek-przyjaciółek. Kontrast: duża i mała, kostiumy o zamienionych kolorach, rozciągliwe szelki, rozmowa bez słów za pomocą gestów, a jeszcze bardziej za pomocą tupania na siebie nawzajem, odlatujące baloniki – wszystko to było leciutkie, dosłownie „z cicha pęk”. Może – o ile to dobre określenie w stosunku do rozmowy, a nawet momentami, do przepychanki bez słów – w pewnym momencie dziełko zrobiło się trochę przegadane, środkowa część z tupaniem zaczęła się dłużyć. Warto pamiętać, że nic tak dobrze nie służy lekkości żartu, jak lapidarność. Ale uśmiałam się szczerze.

Mów don’t Move, fot. Vladimir Yaroshenko

Zanurzenie się w Transparent Dana Ozeri wymagało opuszczenia bezpiecznych brzegów realności i wypłynięcia na szerokie wody swobodnej fantazji. Surrealistyczna choreografia opowiadała o różnych interakcjach i stosunkach międzyludzkich, ale i o samych jednostkach w nich zanurzonych. Ludzie bez twarzy, pozbawiani na chwilę indywidualności, a potem bardzo zindywidualizowani, ze swoimi dziwactwami, zapędami i popędami… Już po raz drugi Dan Ozeri prezentuje swoją choreografię na Kreacjach i po poprzednim solo udowadnia, że dobrze radzi sobie z większą grupą bohaterów i niebanalnym ich poprowadzeniem tak w przestrzeni, jak i we wzajemnych relacjach. Mnie jego styl bardzo się podoba. I znów świetny Jordan Bautista, ale także Kristóf Szabó, Jaeeun Jung, Phoebe Liggins, Natalia Pasiut i sam choreograf.

Transparent, fot. Rafał Kubała

Czy można zrobić balet o znikaniu? Robert Bondara w Verses udowadnia, że tak, przy czym w większości jest to znakomity i porywający duet w charakterystyczny dla choreografa stylu (bardzo przypominał mi duety z Szeherezady zrealizowanej dopiero co przez niego w Bytomiu). Pomysł na początek i koniec tej choreografii zmienia świetne „pas de deux” w zamknięta opowieść, zamkniętą, a jednak niedopowiedzianą. Widać tu całościowe myślenie o spektaklu, które Robert Bondara bardzo rozwinął w swoich kolejnych pełnospektaklowych realizacjach i jako choreograf, i jako reżyser. Teatr, scena, jej ściany, elementy wyposażenia to plastelina, z której lepi, to narzędzia, którymi posługuje się, odkrywając ich nowe zastosowania. A że jeszcze miał do dyspozycji świetnych wykonawców w osobach Marii Żuk i Patryka Walczaka – powstało małe arcydziełko o ulotności chwili, przemijaniu, a może o nierealności istnienia.

Verses, fot. Rafał Kubała

 

 

 

 

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie, recenzje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.