Ach, ta męska łydka

Każdy, kto mnie zna wie, że do furii doprowadzają mnie niesprawiedliwe stereotypy na temat baletu i błędy pokutujące w społeczeństwie. Nie przepuszczam żadnej okazji, aby je prostować, aby z uporem maniaka poprawiać „baletmistrza” na „tancerza”, „sztukę” na „balet”, a „niemęskie hobby” na „wymagającą wysiłku i niesamowitej sprawności elegancką sztukę tańca.” Z tym większą chęcią wybrałam się na konferencję naukową zorganizowaną w ramach projektu Warszawskie Centrum Tańca przez Polskie Forum Choreologiczne oraz Stowarzyszenie Strefa Otwarta – przyciągnął mnie zrazu lekko najeżający mnie tytuł wykładu Bogowie tańca czy faceci w rajtuzach? Mężczyźni w balecie wczoraj i dziś. No co poradzę, że nawet przy okazji zwalczania stereotypów denerwują mnie zbitki wyrazowe „faceci w rajtuzach” , albo „gruba baba śpiewa” – to z kolei o operze. Nawet jeśli to ma być tylko zabawne i przyciągnąć uwagę mas, aby potem owo stwierdzenie zdyskredytować – to efekt jest najczęściej taki, że cała wiedza z głów paruje, a zlepek „faceci w rajtuzach” zostaje. Niemniej domyślałam się, że w tytule tego wystąpienia owo „rajtuzowe” porównanie miało być prowokacją i autorka – mgr Agnieszka Narewska zajmie się figurą tancerza w balecie klasycznym jako taką, funkcją, jaką w kolejnych wiekach tancerz w balecie pełnił – od gwiazdora, centrum wszelkiej choreografii (Król Słonce) po słup cumowniczy w XIX wieku, kiedy to primabaleriny do tego stopnia zawładnęły sceną, że dla ich partnerów niemal nie układało się tańców – mieli tylko partnerować.  I nie pomyliłam się.

Wykład był wystarczająco obszerny, ale przy tym i zwięzły, aby ukazać jak na przestrzeni rozwoju sztuki baletowej zmieniało się oblicze i rola mężczyzny w tej sztuce. Nasiąknięci XIX-wiecznym wizerunkiem baletu: korowodów tancerek w tiulowych sukienkach i primabalerin przepychających się łokciami w walce o pierwszeństwo na scenie zapominamy, że wcześniej w tańcu scenicznym rządziła płeć „brzydka”. Najpierw dlatego, że wzorem starożytności kobiety nie miały prawa występować na scenie, potem ze względu na ograniczenia, jakie na kobiety nakładał strój – niemal tożsamy ze strojem codziennym, czyli krepujący ruchy i bardzo obszerny. Z czasem zaczęło się to zmieniać wraz z ewolucja kostiumu scenicznego, który ostatecznie dzięki wynalazkowi trykotów zupełnie oddzielił się od ulicznej mody i tego, co wolno, a czego nie wolno (co zresztą powodowało, że baletnice uważane były za niemoralne i tak też traktowane, bo pokazywały skandalicznie dużo ciała i nóg). Wtedy jednak mogły zacząć naprawdę tańczyć i rozpocząć walkę z panami o prymat na scenie, który ostatecznie w epoce romantyzmu wygrały. Wszystko dzięki romantycznej modzie na zjawy i ulotne ideały oraz ogólne wydelikacenie baletu.

Wcześniej jednak bogami sceny byli mężczyźni, m.in. Vestrisowie – ojciec i syn, zarówno dzięki swej technice, jak i sile, szlachetności wyrazu scenicznego i wyglądowi. Wówczas wypadało zachwycać się i było to coś oczywistego, pięknem męskich łydek, od czasów Ludwika XIV opiętych najpierw przez pończochy, potem przez owe trykoty, które dziś niewyrobiona publiczność przezywa rajtuzami (a powinna rajstopami, jeśli bierzemy pod uwagę klasyczne baletowe trykoty ze stopą).

Agnieszka Narewska świetnie pokazała, gdzie i kiedy balet z męskiego stał się niemęski, a tancerze uznani za zniewieściałych. W dużej mierze zawdzięczamy to jednemu z „bogów tańca” czyli Wacławowi Niżyńskiemu. Choć występował tak krótko na scenach Europy, to wywarł tak ogromne wrażenie, zbudował (najprawdopodobniej niechcący – co innego jaki udział miał w tym Diagilew) taki mit istoty łączącej pierwiastek męski i kobiecy, że odtąd ten mit stał się synonimem tancerza. Cóż, że obok niego tańczyli inni, również podziwiani artyści sceny – całkiem męscy, ale przez to bardziej jednowymiarowi? Publiczność zakochała się w „złotym niewolniku”, „niebieskim bożku”, duchu róży” czy „błękitnym ptaku”, które to postaci (czy raczej zjawiska, istoty) kreował Niżyński. Za nim po latach wyobraźnię Europejczyków opanował kolejny bóg tańca – Rudolf Nuriejew, który wpisując się w szaleństwo lat 60 i 70-tych całkiem świadomie kreował swój wizerunek zmysłowego biseksualisty, zjawiska bardziej, niż człowieka. A to już była era massmediów… I choć potem emocjonował nas najpierw chłopięcy, a potem męski wdzięk Michaiła Barysznikowa i innych gwiazdorów scen, to żaden nie wygonił z umysłów ludzi wizerunku tancerza – najpewniej homoseksualisty – zbyt urodziwego, zbyt zmysłowego i zbyt „wymuskanego” jak na to, co w powszechnym rozumieniu oznacza słowo „mężczyzna”. Dziś wielu tancerzy walczy z tym stereotypem, czasem otwarcie, czasem po prostu to ignorując, padł nawet przykład reklamy, w której gwiazdor baletu pokazuje jak  atletyczną, „męską” pracą jest balet i że poza salą baletową jest nowoczesnym eleganckim mężczyzną posługującym się nowoczesnymi technologiami…

Jak słusznie zauważyła prelegentka poza tematem męskości/niemęskości pojawił się tu silny temat homoseksualizmu, który ma także duży wpływ na postrzeganie mężczyzn w balecie, a przecież na scenie nie oglądamy seksualności tancerza czy też jego seksualnych preferencji, tylko rolę, kreację, jaką buduje (oczywiście, gdy mowa o balecie z akcją lub choćby szczątkiem akcji). Oczywiście, można seksualnością grać i wtedy otrzymuje się taki wynik jak Nuriejew, można zaś odseparować ją od swojego scenicznego wizerunku.

Wszystko to zostało przejrzyście omówione w wykładzie i tylko jedno mnie zdziwiło: że nawet w tak wyjątkowym gronie znawców sztuki, tańca i baletu, teoretyków i praktyków, temat ten budził jednak emocje i chichoty. Nawet wśród tak zacnego grona padające z ust prelegentki słowa „podziwiać męską łydkę”, zgrabne męskie nogi” czy „obcisłe pończochy” powodowały stłumione chichoty i niezrozumiałą radość. Czyżby jednak stereotypowe myślenie wgryzło się aż tak mocno w nasze umysły? Czy nawet dla badaczy tańca te proste słowa „męska łydka” musza mieć po za fizyczną, oczywistą, jakąś inną konotację? Zapewne w zależności od tego, czy jesteśmy kobietami czy mężczyznami (lub w zależności od preferencji seksualnych) patrzymy na artystów płci przeciwnej (albo płci nas pociągającej) również przez pryzmat właśnie pociągu seksualnego. A więc patrząc na tancerza krytyk – kobieta również i podświadomie zachwyca się proporcjami sylwetki, szerokością ramion, wąską talią i kształtnymi łydkami (ach, te łydki), a nawet, z przeproszeniem, pupą. Bo tak jesteśmy skonstruowani, tak jeszcze w prehistorii natura wdrukowała nam w jakieś miejsce naszego mózgu kryteria doboru naturalnego. Ale powinniśmy też umieć to oddzielić od oceny fachowej i nie chwalić tancerza tylko dlatego, że nam się podoba, bo ma ładne „cztery litery” i „zwierzęcy magnetyzm”.

Wszystko to przypomniało mi się przy okazji transmisji kinowej z Londyńskiej Covent Garden. Transmitowano Romea i Julię w choreografii Kennetha MacMillana, a tańczyli doborowi soliści: Sarah Lamb jako Julia i Steven McRae jako Romeo, Alexander Campbell jako Merkucjo, Tristan Dyer jako Benvolio. Wymienieni panowie mieli tak zgrane łydki i tak przepięknie skakali oraz grali swe role (spektakl był w ogóle bardzo aktorski i nie dziwie się, ze realizator operował az tak intensywnie zbliżeniami choć ze szkoda dla tańca), że mogę im wybaczyć, ze wszyscy mieli nogi cokolwiek krótkie,.. Dobór trójki raczej krępych tancerzy sprawdził się jednak doskonale w tzw. Tańcu iskier, poza tym tworzyli oni wyraźną grupę „chłopców” w pozycji do dużo wyższego i „męskiego (no właśnie – męskiego w wyrazie i wizerunku) Gary’ego Avisa w roli Tybalta. Zgadnijcie jednak kto tak zwyczajnie skradł w tym spektaklu moje serce? Oczywiście rzeczony Tybalt, choć u MacMillana to rola ewidentnie chodzono-walczona, co znaczy, że artysta ją wykonujący nie ma wiele do zatańczenia, jeśli chodzi o wyszukane baletowe pas, natomiast popisuje się walką na szpady w pełnych dynamiki pojedynkach oraz gra aktorską.

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie, recenzje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Ach, ta męska łydka

  1. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    A tu taki przykład – i na błędy i na aktualność tematu:
    http://facet.onet.pl/warto-wiedziec/przeklenstwo-baletmistrza/qctkh

  2. Gość 2 pisze:

    Ciekawym imiennego składu tego „wyjątkowego grona znawców sztuki, tańca i baletu, teoretyków i praktyków” (czyż mamy tylu?), nie obiecując sobie jednak zbyt wielu „emocji”, więcej „chichotów”. Wszak głupich nie sieją, sami się rodzą…

  3. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Gościu 2 – jest ich całkiem sporo, większa część zebranych to byli członkowie Polskiego Forum Choreologicznego, czasem szerzej nieznani bo to raczej badacze, czasem również praktycy. Na usprawiedliwienie chichotów dodam że spotkanie było otwarte, a ja się nie przyglądałam i nie wytykam palcem, kto chichotał. Moze po prostu otwarte i beznamiętne mówię nie o elementach męskiej fizyczności i atrakcyjności jest mniej przyjęte niż mówienie tak samo o kobietach, co budzi zażenowanie maskowane śmieszkami… Ale szkoda.

  4. Gość 2 pisze:

    Zajrzałem na stronę tego rozchichotanego towarzystwa badaczy: http://www.pfch.choreologia.org/ Sporo magisterek, parę doktorek, znalazłem i utytułowanego księdza. Dziwne, że brak im wszystkim wrażliwości na owe „elementy męskiej fizyczności i atrakcyjności”. Wszak większość z nich to panie i mądrzą się nt. tańca (domeny mężczyzn od pradziejów) i baletu (domeny tychże od zarania). Czyżby więc te chichotliwe badaczki wywodziły się z katedry tańca Uniwersytetu im. Pruderii Polskiej?

  5. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Gościu, jesteś niesprawiedliwy pisząc „brak im wszystkim wrażliwości na owe „elementy męskiej fizyczności i atrakcyjności”” – po pierwsze jak sama zaznaczyłam nie wszystkim, a raczej nielicznym i wcale nie wiadomo czy z tego zacnego grona. Po drugi – chociażby prelegentka wykazała się duża wrażliwością i swoim wystąpieniem sprowokowała moje przemyślenia i ten tekst. Po trzecie – nie chciałabym, aby temat chichotów, które mnie poruszyły stał sie tematem przewodnim tekstu (bo nie jest) i dyskusji tutaj. A grono naprawdę zacne więc przykro by mi było, gdybym dała asumpt do śmieszków na jego temat 🙂 Gościu, czyżby brak Ci było wrażliwości? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*