Finał, finał, finał

Finał sezonu artystycznego w Polskim Balecie Narodowym był wyjątkowo pracowity. Spektakle Obsesji, Damy kameliowej i Jeziora łabędziego – niektóre zespoły baletowe w Polsce – bez obrazy – nie mają tylu przedstawień w roku, co PBN w czerwcu. Co za tym idzie i ja spędziłam w tym miesiącu kilka wieczorów w warszawskim Teatrze Wielkim, co przypomniało mi najpiękniejsze czasy, gdy do gmachu przy placu Teatralnym biegało się co wieczór. Wejściówka z dłoń i na schodki parteru. Dziś nawet wejściówki mają ceny cokolwiek zaporowe, a miejsc na schodkach już zajmować nie wolno. Zachodzę w głowę, jak to było możliwe, że jako licealistka z kieszonkowym mogłam bywać codziennie w naszej operze, a jako dorosły, ciężko pracujący człowiek nie… Wróćmy jednak do czerwcowych spektakli PBN, bo było na czym i na kim baletomańskie oko zawiesić. 

W Obsesjach obejrzałam częściowo nową, częściowo już oglądaną przeze mnie obsadę, zresztą to wieczór, który wciąż zmienia się i dzięki temu żyje, doskonały jest, aby wprowadzać do ról solowych nowych, młodych wykonawców. Zresztą, nie było chyba z TW-ON wieczoru baletowego, który tak gromadziłby publiczność (choć grany jest na małej scenie), bo rzeczywiście jest tego wart. Jak zwykle, może bardziej niż zwykle, poruszona byłam przez Powracające fale w choreografii Emila Wesołowskiego we wspaniałym, prawdziwym, mocnym interpretacyjnie wykonaniu Marty Fiedler i Kristófa Szabó, dla którego to kolejna nowa partia w tym sezonie, sezonie ewidentnie przełomowym dla jego kariery. Trudno, powtórzę się, ale i tą rolą Szabó udowodnił, że nie jest tancerzem – jest artystą.

Natalia Pasiut i Kristóf Szabó, fot. Ewa Krasucka/Teatr Wielki-Opera Narodowa

Rozkoszowałam się także niemal abstrakcyjnym Adagio i Scherzo Krzysztofa Pastora – tu panie rządzą, ale i panowie pokazali klasę, zwłaszcza wyśmienity Patryk Walczak, ale i Rinaldo Venuti, także niezwykle szybko rozwijający się obecnie tancerz, któremu dyrekcja powierza coraz to nowe zadania. Znakomite w tej choreografii były Aneta Zbrzeźniak, mająca w sobie coś z elastycznej figurynki, plastycznej, pięknej w każdym momencie ruchu, i Chinara Alizade zachwycająca elegancją linii. Na finał wieczoru widownię jak zwykle porwały Moving rooms Krzysztofa Pastora, które udowadniają, że niełatwa muzyka wspaniale zinterpretowana ruchowo może stać się przebojem (w pierwszej części choreografii jest to muzyka Alfreda Schnittke, w drugiej już bardziej popularny Koncert na klawesyn i orkiestrę smyczkową Henryka Mikołaja Góreckiego).  W tym balecie każdy jest solistą, a wszyscy razem tworzą w najważniejszych i najmocniejszych momentach jedno „baletowe ciało”. Tym razem może Carlos Martín Pérez w cudownej solowej roli był w nieco gorszej formie, ale i tak tańczy to z niezwykłą siłą i wyrazem, a reszta obsady równie pięknie mu sekundowała.

fot. Ewa Krasucka/Teatr Wielki-Opera Narodowa

Spośród czerwcowych Dam kameliowych obejrzałam tę w wykonaniu „drugiej” obsady, której w popremierowych przedstawieniach nie miałam okazji do tej pory zobaczyć. Przyznam, że choć nie do końca wiem dlaczego, nie mogłam sobie wyobrazić wykonania roli Armanda przez Dawida Trzensimiecha, jakoś emplois tego tancerza nie pasowało mi do bohatera Damy. Tymczasem niezmiernie mi się podobał. Był może bardziej stateczny, niż inni warszawscy wykonawcy tej partii, ale także prawdziwie wzruszający, natomiast niezmiernie precyzyjny w tanecznej części swego występu (o ile może w przypadku Damy kameliowej Neumeiera rozgraniczać taniec i technikę od interpretacji). Trzensimiech ma zdolność zatrzymywania pięknej pozy w kulminacyjnej fazie skoku, tak, że widzowi na siatkówce oka pozostaje zachwycająca „fotografia”. Te obrazy wydały mi się tożsame z najlepszymi światowymi wykonaniami Armanda, zatem wielkie brawa! Maria Żuk wcieliła się w postać Małgorzaty z delikatnością i dziewczęcym wręcz wdziękiem, który z jednej strony spowodował mój całkowity zachwyt, z drugiej – jeśli można to nazwać zarzutem – wywołał „zarzut”, że bohaterka nie wydawała się bardziej doświadczoną od swego młodzieńczego kochanka. Ale to nie jest przecież najistotniejsze! Żuk zatańczyła swoją rolę równie precyzyjnie, co jej partner, dopracowany miała każdy gest, a w powietrznych pozach dosłownie unosiła się nad głową Armanda (jedynie w scenie z Monsieur Duvalem coś tam nie wyszło w którejś z zatrzymanych z nagła póz – maleńkie potknięcie, co pokazuje, jak każdy krok, każdy niuans jest w tym spektaklu ważny i znaczący!) Warto także zaznaczyć debiut Rinaldo Venutiego w roli Kawalera de Grieux. Tancerz też doskonale wykonuje piruety, jest też wrażliwy i muzykalny, może tylko od początku do końca wydał mi się w kreowanej partii zbyt egzaltowany. Na początku de Grieux to postać z teatru z ubieloną twarzą i szerokim „scenicznym” gestem, ale potem to już postać z myśli i widziadeł bohaterów, a co za tym idzie bardziej ludzka do nich samych podobna, tymczasem u Venuiego to wciąż „baletowy kochanek”. Niemniej to bardzo udany debiut.

Dawid Trzensimiech i Maria Żuk, fot. Ewa Krasucka/Teatr Wielki-Opera Narodowa

Na zakończenie sezonu PBN wystąpił z trzema spektaklami Jeziora łabędziego i tak się jakoś zadziało, że obejrzałam aż dwa z nich. Zwyczajnie lubię być na ostatnim spektaklu przed wakacjami, na zamknięciu sezonu baletowego, w moim odczuciu te przedstawienia zawsze mają jakąś inną atmosferę. Natomiast dzień wcześniej miał miejsce ważny debiut – w głównej w tym balecie roli carewicza Nikiego wystąpił po raz pierwszy Patryk Walczak (anonsowano także pierwszy występ w tej roli Maksima Woitiula, ale z powodu kontuzji artysty na tę przyjemność musimy jeszcze poczekać). Po spektaklu 29 czerwca powtórzę właściwie tylko to, co zaraz po przedstawieniu napisałam na Facebooku. Podzieliłam wówczas mój opis na kategorie „uwielbiam” i „nie lubię”. Uwielbiam zatem: że Patryk Walczak zaprezentował to, co widziałam w nim, gdy był jeszcze w ostatniej klasie szkoły baletowej – wspaniały skok i pewną zapalczywość w tańcu. Co prawda na moje oko artysta tańczył raczej postać Zygfryda, nie carewicza Nikiego (niuanse interpretacyjne), ale mnie to nie przeszkadzało. Owa „zapalczywość” skutkują czasem nie dość wykończoną pozą czy zachwianiem w piruecie, ale za to stwarza wrażenie swobody i wirtuozerii, która porywa widzów.

Rinaldo Venuti i Patryk Walczak, fot. Ewa Krasucka/Teatr Wielki-Opera Narodowa

Uwielbiam także dopracowaną partię Odetty w wykonaniu Yuki Ebihary, ponieważ jej pierwsze występy w tej roli, choć poruszające interpretacyjnie, pozostawiały jeszcze trochę do życzenia. Teraz jest to Odetta/Alix bardziej dramatyczna i „szybka”, niż liryczna i nostalgiczna, ale to jest dobre! No i osobne brawa należą się solistce za hart ducha, bo takie rzeczy nie zdarzają się na scenie często i mogą zdeprymować najbardziej opanowanego artystę. Otóż w III akcie w białym duecie Ebiharze rozwiązały się troczki przy jednej z point i tancerka dwukrotnie zawiązywała je cudownie wręcz starając się wpleść tę niezbędną czynność w tok tańca. Uwielbiam też seksowność Matyldy Mai Kageyamy i że tańczy w czarnym pas de deux Odylię (choć powinna Matyldę, czyli być tylko zalotną, ale bez dumy i „oszustwa”, odpychania i przyciągania, które czai się w Czarnym Łabędziu). Niestety dla dyrektora Pastora – ja to, co kryje się interpretacyjnie w tradycyjnym „czarnym pas de deux” po prostu uwielbiam – te wszystkie drobne gesty i smaczki, zwroty i kuszące skinienia głową Odylii. No i Mai staje w adagiu z przyklęku od razu en pointe! Uwielbiam węgierski taniec w wykonaniu Kristófa Szabó – jak on to robi! Nawet włosy mu tańczą, opada na kolano miękko, zatrzymując je milimetry nad ziemią, a stopę „wyjmuje” ze stania do przodu lub do boku takim ruchem, że wzrok automatycznie sunie za czubkami palców. Uwielbiam taniec hiszpański Any Kipshidze i uwielbiam nasze znakomite corps de ballet w obu „białych” scenach i cztery łabędziątka – każda inna i każda wybitna, a tańczą jak jedna! Uwielbiam, jak Hiszpan Carlos Martín Pérez tańczy mazura jak stary Krzesiński, ze specyficzną staropolską „swadą”, ze szczodrym gestem, silnym wyrzutem ręki, klepnięciem się po cholewie. Dla porządku wymieniam i to, czego nie lubię w tym Jeziorze i za każdym razem się w tym utwierdzam: nie lubię pas de trois w tej choreografii – wprost niewygodnie mi się ogląda, nie idzie za muzyką, brak mi wyrazistego akcentowania zgodnego z tym, co słyszę w partyturze, nie lubię też tańca włoskiego, bo za dużo „wygibasów” rodem ze skądinąd pięknej partii Binetti z Casanovy w Warszawie (także Pastora). Nie lubię też, jak Car-Rotbart zbiega ze wzgórza, jakby (przepraszam za dosadne porównanie) bez przekonania gonił uciekający autobus – od wymachiwania płaszczem do bycia Rotbartem daleka droga. W muzyce słychać przyspieszające kroki, narastającą grozę, można to pogodzić z wizją, że postać ze snu carewicza to jego własny ojciec… W spektaklu 29 czerwca jako Wołkowa, adiutanta i przyjaciela carewicza po raz pierwszy oglądałam Rinaldo Venutiego. Potwierdził swoją taneczną swobodę, zwracał uwagę ładną prezencją i radością tańca. Porównując kolejnych odtwórców tej roli na scenie Teatru Wielikiego można natomiast najlepiej przekonać się, że co tancerz, co charyzma i co emplois, to inny Wołkow. Wedle gustu można tę postać pokazać jako żartownisia i bawidamka, chwilami przemieniającego się w alter ego carewicza, albo jako beztroskiego dworzanina, albo jako czułego przyjaciela i opiekuna.

W ostatnim spektaklu tego sezonu emocji nie zabrakło. Chyba balet był już trochę myślami na wakacjach, bo zdarzyły się, na szczęście mało widoczne, ale na pewno stresujące dla artystek, potknięcia, a także, niestety, pewien bolesny w skutkach wypadek. Mimo to spektakl można zaliczyć do udanych (sukcesem było już samo niezauważalne dla publiczności znalezienie w tempie błyskawicznym zastępstwa za kontuzjowaną tancerkę, tak aby w „białym akcie” wyszło na scenę tradycyjnie 24 łabędzie). Jako Odetta /Alix zadebiutowała Maria Żuk, choć ta artystka z powodzeniem tańczyła już na naszej scenie podwójną role Odetty/Odylii w poprzedniej wersji Jeziora łabędziego (choreografia: Irek Muchamiedow na podstawie Petipy i Iwanowa). Teraz była jeszcze bodaj bardziej uduchowiona i subtelna, a przy tym mistrzowska pod względem technicznym w roli białego łabędzia. Podziwiałam w jej wykonaniu to, co wyróżnia wspaniale artystki baletu (oraz artystów): na wszystko miała czas, na wykończenie każdej pozy, na zamknięcie każdego ruchu ręki, na idealne ustawienie głowy. Jestem wychowana na Odetcie w interpretacji Ewy Głowackiej i taką – liryczną, a nawet przepojoną głębokim smutkiem Odettę lubię najbardziej – taka też była Maria Żuk. Partnerował jej świetnie Dawid Trzensimiech, który znów zachwycił szlachetnością swojej interpretacji i stylowym wykonaniem wariacji w III akcie.

Maria Żuk, fot. Ewa Krasucka/Teatr Wielki-Opera Narodowa

Podczas tego właśnie spektaklu ze sceną Teatru Wielkiego w Warszawie miała pożegnać się Dominika Krysztoforska, pierwsza solistka zespołu, w Jeziorze łabędzim kreująca role Carycy. Choć to rola tzw. „chodzona” (Caryca Maria tańczy tylko kilkanaście sekund w parze z Carem w I akcie), to znacząca i, podobnie jak inne księżne i matki, godna powierzania wybitnym doświadczonym artystkom sceny baletowej. W takich rolach trzeba mieć godność, postawę, elegancję – jednym słowem klasę, a tą Dominika Krysztoforska mogłaby obdzielić zastęp księżnych. Niestety, ostatecznie artystka z powodu niedyspozycji nie wystąpiła, a widzowie otrzymali tylko piękne okolicznościowe wydawnictwo z biogramem i spisem ról naszej wybitnej pierwszej solistki. Miło było powspominać jej kreacje w klasycznym Jeziorze łabędzim – rzadkie to wydarzenie, żeby świeżo upieczona absolwentka szkoły baletowej debiutowała jako Odetta, a tak było w przypadku Krysztoforskiej. Pamiętam jej wspaniałe role, zwłaszcza niezrównaną Nadieżdę von Meck w Czajkowskim Borisa Ejfmana i M. w Carmen Matsa Eka. Była też wspaniałą Królową w Trzech muszkieterach, poruszającą Mariną w Greku Zorbie, Blancheflor w Tristanie. Tańczyła jeszcze wiele, wiele partii, ale te zapamiętam na zawsze, były wybitne (nie znosiłam tylko Wróżki Delikatności w Śpiącej królewnie – każdy kolejny dyrektor, który ją w tym obsadzał ma u mnie za to minusa). Dominika Krysztoforska to niezwykle wrażliwa artystka, prawdziwa dama baletu i żałuję, że nie było okazji, aby okazać jej na tym spektaklu naszej – widzów – wdzięczności za jej dokonania.

Dominika Krysztoforska i Siergiej Popow w Kurcie Weillu K. Pastora, fot. Ewa Krasucka/Teatr Wielki-Opera Narodowa

 

 

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie, recenzje, sylwetki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*