Grzechy kardynalne i linie podziałów

Wróciłam właśnie z dwudniowej konferencji „Edukacja taneczna w Polsce – realia i wyzwania” zorganizowanej przez Instytut Muzyki I TAŃCA, i zanim zacznę na blogu roztrząsać zaprezentowane problemy, diagnozy i postulaty rozwiązań oraz zmian, zajmę się tym, co mnie najbardziej szokuje i boli. Boli mnie brak porozumienia wewnątrz środowiska tanecznego, więcej, brak chęci porozumienia. Bo ja podczas tej konferencji, jak i podczas I Kongresu Tańca rok temu tej chęci nie widzę. Nie wiem, czy aż tak bardzo wszyscy bywamy (jesteśmy?) zapatrzeni na czubek własnego nosa, czy też nie potrafimy wejść na chwilę w „skórę” drugiej strony, postawić się w sytuacji adwersarza – który zresztą nie powinien być adwersarzem, a sprzymierzeńcem, bo im nas więcej mówiących jednym głosem, tym większa szansa na wywalczenie od władz i decydentów tego i owego.

Chciałabym się w mojej diagnozie mylić, zwłaszcza, że sama się do „środowiska” zaliczam i nie raz też równo dostaję po głowie. Z tym jednak mniejsza. Bo kto składa się na „środowisko”, kogo można do niego zaliczyć? Ja zaliczam zarówno tych, którzy na owe kongresy przyjeżdżają, wykazują zainteresowanie problemami tańca, jak i tych, którzy z racji wykonywanego zawodu lub pasji są z tańcem związani, ale widać mają ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś tam kongresy. I od razu, żeby było jasne: ich także rozumiem, bo wiem, jak ciężko czasem wygospodarować i czas, i parę złotych, aby przemieścić się o kilkaset kilometrów i porozmawiać o czymś, kiedy wśród priorytetów ma się premierę, egzamin, spektakl, albo po prostu cudem wygospodarowany kawałek dnia wolnego z rodziną. Zatem nie angażowanie się bezpośrednie w Instytutowe zgromadzenia rozgrzeszam – wystarczą wszak przedstawiciele, trudno, aby zjechało nagle do stolicy wszystkich 500 zawodowych tancerzy i drugie, albo i trzecie tyle tancerzy innej proweniencji (bynajmniej nie gorszej, po prostu innej – używam tego określenia z braku lepszego, dokąd niejasne będzie, kim dziś, w Polsce jest tancerz zawodowy, czym różni się od amatora i gdzie stawiać granicę). Zatem: kto należy do środowiska? Rzecz jasna po pierwsze tancerze – zarówno ci „zawodowi”, czyli w świetle przepisów legitymujący się dyplomem tancerza zawodowego, ale coraz częściej ci wykształceni poza państwowym szkolnym systemem: na warsztatach, kursach, za granicą, w prywatnych szkołach. Po drugie: choreografowie, pedagodzy tańca, dyrektorzy szkół baletowych i zespołów tanecznych – także zarówno tych ze stempelkiem państwowych, zawodowych, jak i tych prywatnych, mniej lub bardziej amatorskich. Co dziś zresztą znaczy amatorstwo, skoro zespoły tancerzy bez dyplomu potrafią realizować wspaniałe spektakle światowej sławy choreografów, a spośród ruchu amatorskiego wychodzą gwiazdy państwowych szkół, a potem polskich scen? Chyba, że słowo amator rozumiemy w dawnym znaczeniu – jako „miłośnika” jakieś sztuki. Z tego punktu widzenia wszyscy jesteśmy amatorami, bo mało kto w Polsce może z tańca żyć i wyżyć, a sztukę tę uprawia bardziej z miłości, niż dla utrzymania się. No i na koniec są jeszcze naukowcy zajmujący się tańcem, publicyści i dziennikarze, krytycy i teoretycy, egzystujący gdzieś na obrzeżach „praktyków”, ale tak samo zaangażowani w to, aby w tańcu działo się jak najlepiej. Dlaczego? Dlatego, że jeśli nie ma Was – kochani praktycy, nie ma i nas – teoretyków. Ponadto zajmujemy się tańcem nie z jakiegoś masochistycznego upodobania do przymierania głodem, ani z potrzeby pastwienia się nad naszym i zagranicznym tańcem, ale dlatego, że to po prostu kochamy, czyli … jesteśmy „amatorami” tańca.

Ten przydługi wstęp był konieczny, abym teraz (jako uczestnik konferencji i członek środowiska) mogła zatrzymać się nad bolesną obserwacją z dnia dzisiejszego – podziałów tegoż środowiska. Przebiegają one na wielu poziomach. Oczywistym jest podział występujący zawsze: starzy contra młodzi. Nie jest to jednak oczywistość nieunikniona, bo metryka nie czyni nikogo od razu konserwatystą ani przedstawicielem awangardy. Można mieć 100 lat i być postępowym artystą, albo 20 i być konserwatywnie nastawionym tancerzem, zapatrzonym w „jedynie słuszne dawane wzorce”. Niemniej taki podział występuje, o czym mówili też dyrektorzy szkół baletowych – że starych pedagogów wykształconych w poprzedniej epoce nie można przekonać do zmiany czy choćby ewolucji metod nauczania, bo to, czego nauczyli się X lat temu za wschodnią granicą uznają za święte prawdy objawione. Czasem, dla zachowania dobrej tradycyjnej szkoły (szczególnie klasycznej) jest to wskazane, ale jeśli chodzi o metodykę tejże – już niekoniecznie, bo żyjemy w innych czasach, gdzie opresja w szkole się nie sprawdza, lub daje wręcz przeciwne rezultaty.

Drugi podział to opisywany już przeze mnie podział na tancerzy, choreografów, dyrektorów i pedagogów, wykształconych klasycznie (państwowo) i tych wywodzących się z poza systemu oficjalnej edukacji baletowej lub, nawet jeśli z niej wychodzących, to resztę kariery realizujących na polu tańca współczesnego, z posunięciem się do negacji tańca klasycznego włącznie. Te dwa „pod-środowiska” nie potrafią się zrozumieć na niemal żadnym polu, co przynosi niepowetowane straty dla działań dążących do poprawy sytuacji tańca w Polsce. Wiele już na ten temat pisałam, dziś zauważyłam też kolejny rozdźwięk: klasycy noszą w sobie cos w rodzaju świętości bólu i wysiłku, celebrują to, że balet musi boleć, masakrować i wyniszczać ciało tancerza, ale trzeba cierpieć, aby być dobrym tancerzem. „Współcześni” noszą w sobie dla odmiany Świętego Graala „wolności twórczej”, idei, umysłowości w tańcu, wyrażania siebie, niezależnie często od predyspozycji ciała i wyuczonej techniki. Jedni nie rozumieją, jak drudzy mogą koncentrować się na technice, wyciągniętych jak struna mięśniach, wykręconych stawach i idealnych pozycjach, które często bywają mechaniczne (nie zawsze oczywiście, wszystko zależy od osobowości i artyzmu tancerza). Drudzy lekceważą tych, co to „poszli na skróty”, nie wysilali ciała, nie łamali kości, nie okrwawiali palców i nie stali kilka godzin przy drążku. Wyobrażenia jednych o drugich są fałszywe, stereotypowe, krzywdzące. Obie grupy wzajemnie się nie doceniają. Stad bolesne docinki i kąśliwe uwagi.

Trzeci podział to praktycy contra teoretycy. To, że tancerze nie kochają krytyków to rzecz oczywista i trudno takiej miłości oczekiwać, chyba że jest się krytykiem, który wyłącznie chwali. Teoretycy tańca to jednak nie tylko recenzenci, to także pedagodzy przedmiotów teoretycznych, badacze różnych przejawów tańca i sztuki tańca na różnych płaszczyznach: psychologicznej, kulturowej, społecznej, historycznej etc. To także autorzy opisu zjawisk tanecznych w szerszej perspektywie, a także na poziomie interdyscyplinarnym. Niewielu praktyków potrafi docenić korzyści, jakie wynikają również dla nich z istnienia tej grupy. Wielu wyraża się lekceważąco o wszelkich próbach werbalnego opisu zjawisk tanecznych, czy konkretnych wykonań. Zapominają, że często to te słowa pozostaną jako jedyny ślad po karierach tancerzy, ulotnych dziełach sztuki tańca, a także, że opis i badanie tańca przybliża do niego tych wszystkich, którzy tę dziedzinę pragną ogarniać i zgłębiać rozumowo, nie tylko estetycznie i emocjonalnie. Czy wzajemnie teoretycy nie maja szacunku dla praktyków? – tego nie zauważyłam, ale być może są wśród nas i tacy, którzy uważają, że znają się na tańcu lepiej niż sami tancerze… Ja się do tych nie zaliczam, bo o tańcu, jak większość krytyków w Polsce, wiem tyle, ile udało mi się samej dowiedzieć, ew. skorzystać z wiedzy przekazywanej od kilku lat na studiach z dziedziny teorii tańca. No i tyle, ile opowiedzieli mi praktycy.

Z konferencji dzisiejszej wyniosłam jeszcze uwagi dotyczące kolejnych dwóch podziałów: środowisko contra urzędnicy (chyba najbardziej usprawiedliwiony, ale też niebezpieczny) i środowisko (część środowiska) contra instytucja, która ma je reprezentować, czyli Instytut Tańca. Tego nie będę komentować, ale myślę, że coś jest chyba nie w porządku. Jako środowisko, po latach zaniedbań dostaliśmy reprezentanta na poziomie ministerialnym, z którym ministerstwo przynajmniej MUSI rozmawiać. To narzędzie niedoskonałe, kalekie z małym budżetem, znikomym zatrudnieniem, stawiające pierwsze kroki, działające półtora roku. Ale JEST! Organizuje, poszukuje, negocjuje, obmyśla, planuje, gromadzi wnioski i zażalenia.

No i na koniec grzech kardynalny, przynależny chyba nie tylko środowisku tanecznemu, ani nawet tylko artystycznemu. To chyba narodowa cecha Polaków – jak my lubimy się obrażać! Ten na tego krzywo spojrzał, ten tamtego nie dość docenia, nie dość nisko się ukłonił – już obraza. Gorzej! – Ten ma lepiej – obrażam się. Temu się powiodło, dobił się umowy z władzami, ma etaty i nie daj Boże budynek? – obrażam się. Niemal czułam, jak część słuchaczy czuła się obrażona wystąpieniem gości z Francji, że śmieją w naszych trudnych warunkach opowiadać, ile to tysięcy i milionów euro rząd francuski i tamtejsze władze niższego szczebla przeznaczają na kulturę, a w szczególności na taniec. No, bo jakże to – nam, biedakom mówić o taaakich kwotach i jeszcze rad udzielać? Zresztą u nas, w Polsce rozmawianie o pieniądzach z definicji jest nieeleganckie, bo zawsze mamy ich za mało. A już artyści to powinni żyć powietrzem i cieszyć się, że mogą swoją sztukę gdzieś uprawiać.

Nie chciałam, aby ten wpis był wyłącznie gorzki, ale tez chciałam oczyścić umysł i ducha z tego, co było nie fajne, aby później zabrać się za opis tego, co ciekawego, frapującego i wartościowego było na tej konferencji. Jak bardzo mądrze potrafią mówić przedstawiciele środowiska o swoich problemach, jak wiele cennych inicjatyw podejmować. Myślę, że powinna być to jedna z wielu tego typu konferencji, tradycyjnie już coroczna, poświecona wybranym zagadnieniom ze świata sztuki tańca. Myślę też, że powinny się na nich pojawiać coraz to nowe osoby, bo nawet liderów trzeba czasem wymienić, tak aby nieco postronny słuchacz nie miał wrażenia, że w środowisku rządzi, czy stara się rządzić tylko kilka osób. Na wnioski przyjdzie jednak czas, kiedy prześpię się z wrażeniami po konferencji. Dziś tylko to, co niepotrzebnie „legło mi na wątrobie” i nieco popsuło smak tego wyjątkowego spotkania.

O Katarzyna Gardzina-Kubała

Katarzyna K. Gardzina-Kubała  - Z wykształcenia rusycystka, absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich na Uniwersytecie Warszawskim (2000) i podyplomowych studiów dziennikarskich na tej samej uczelni (2002), a także Studiów Teorii Tańca na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2005 - absolutorium). Z zamiłowania dziennikarka i krytyk muzyczny oraz baletowy. Pracę rozpoczęła w dziale kultury „Trybuny”, przez wiele lat z przerwami była krytykiem muzycznym „Życia Warszawy”. Współpracowała z większością fachowych polskich czasopism muzycznych, czasopismami teatrów operowych w Warszawie i Poznaniu. Publikuje w programach teatralnych do spektakli baletowych oraz w prasie lokalnej, była gościem programów TVP Kultura, n-Premium i TV Puls, Radia Dla Ciebie i Drugiego Programu Polskiego Radia.

Od wielu lat jest członkiem Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Opery „Trubadur” oraz administratorem baletowego forum dyskusyjnego balet.pl. Na łamach kwartalnika klubowego „Trubadur” opublikowała ponad 3 tysiące tekstów i wywiadów z artystami opery i baletu. W 2008 roku wraz z gronem krytyków tańca podjęła próbę reaktywacji kwartalnika „Taniec”. Autorka ponad stu książeczek-komentarzy do serii oper, baletów i operetek wydanych w zbiorzeLa Scala. W2010 roku opracowała cykl 25 krótkich felietonów z zakresu historii i teorii tańca w ramach kolekcji „Taniec i balet”, wydanej przez wydawnictwo AGORA i „Gazetę Wyborczą”. OD tego samego roku była stałym współpracownikiem magazynu tanecznego „Place for Dance”.

W roku szkolnym 2007/2008 prowadziła cykl zajęć fakultatywnych wg autorskiego programu „Wiedza o operze i balecie” w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Słowackiego w Warszawie, jako edukator operowo-baletowy odwiedziła liczne szkoły podstawowe i gimnazjalne z wykładami o sztuce baletowej. Od kilku lat prowadzi wykłady w LO Słowackiego w Warszawie 'Teatr muzyczny i świat mediów". W roku 2010 wspólnie ze Sławomirem Woźniakiem zrealizowała warsztaty poświęcone baletowi w warszawskim OCH-Teatrze.

W latach 2008-2010 pracowała na stanowisku sekretarza literackiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zajmowała się redakcją programów do spektakli operowych i baletowych oraz koncertów, redakcją afiszy i publikacji informacyjnych teatru, pisaniem autorskich tekstów do programów oraz redakcją merytoryczną strony internetowej teatru.

Od 2010 jest stałym współpracownikiem Instytutu Muzyki i Tańca. W ramach współpracy przygotowuje noty biograficzne i materiały informacyjne o polskiej scenie baletowej dla portalu taniecPOLSKA [pl], teksty problemowe oraz realizuje wykłady dla dzieci i młodzieży, popularyzujące sztukę tańca – program „Myśl w ruchu” Instytutu Muzyki i Tańca. W latach 2013-14 była członkiem komisji jurorskiej opiniującej spektakle na Polską Platformę Tańca 2014 w Lublinie.

Jest także współautorką serii książek dla dzieci „Bajki baletowe” (Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, Kopciuszek, Romeo i Julia, Coppelia, Don Kichot, Pulcinella) wydawanych przez Studio. Blok. Prowadziła autorski cykl spotkań z artystami opery i baletu O operze przy deserze w klubokawiarni Lokal użytkowy na warszawskiej Starówce oraz w ramach Fundacji "Terpsychora" spotkania z ludźmi tańca i warsztaty dla dzieci w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki. Autorka bloga baletowego „Na czubkach palców”. Obecnie współpracuje z Cikanek film. Sp. z o.o. - dystrybutorem na Polskę transmisji i retransmisji operowych, baletowych, teatralnych i wydarzeń kulturalnych do kin.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ogólnie o balecie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Grzechy kardynalne i linie podziałów

  1. Agnes pisze:

    A diagnoza: wydzierajmy ile możemy z tego bardzo niewielkiego tortu który jest do podziału. Bardzo upraszcza problem czy może jednak dobrze opisuje sytuacje środowiska?

  2. Chiaranzana pisze:

    No tak, czyli nic sie nie zmienilo… srodowisko samo traci na tym strzelajac sobie w przysłowiowa stope (ktora im akurat jest potrzebna). Co do instytutu, to ze jest, moim zdaniem nie wystarczy. Z tego co zauwazylam sa tam ludzie nie dokonca zwiazani z tancem a raczej z teatrem i to nowoczesnym. Teatrolog ktory ma dyplom teatrologa i skonczyl szkole teatralna chyba musi sie wykazac czyms jeszcze – praktyka. Tam raczej sa praktycy, teoretycy ale mniejsza z tym. Konferencje sluchalam z transmisji i czasami wlos sie na glowie jezyl z niektorych wypowiedzi. Mialam wrazenie ze kazdy chcial siebie zaprezentowac a reszte zwalic z nog. Akurat wystapienie delegacji z Francji i Szwajcarii uwazam za najciekawsze i bardzo budujace, wskazuje ze tam tez sa problemy, a swiadomosc tancerza i jego zaangazowanie, no coz … tu jest potrzebna edukacja.

  3. Elle pisze:

    Dla mnie rażące były reakcje niektórych ludzi podczas wypowiedzi prelegentów – głośne parskanie śmiechem, cyniczne komentarze czy wręcz krzyki. Kultura nakazuje słuchać kogoś, kto mówi (tym bardziej, gdy jest to wykład!) i później zabrać głos.
    Brakuje w środowisku tanecznym obopólnego szacunku. To,że jest zawiść-wie każdy. Nie pomaga ona w budowaniu wspólnego dobra i walki o lepszą przyszłość dla środowiska tanecznego w Polsce.
    Autorka słusznie napisała o zapatrzeniu w czubek własnego nosa – artyści mają prawo do egocentryzmu-to często spotykana cecha u ludzi tej profesji. Tyle,że niekonieczne pomaga ona w staraniach o powstanie Instytutu Tańca bez żadnego „i”. Tam, gdzie jest tyle podziałów i walka wyłącznie o własne dobro-nie powstanie nic dla wszystkich. Kropka.

  4. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Chiaranzana – broniłabym jednak Instytutu. To że jest to o tyle duże osiągnięcie, że np. można było zorganizować Kongres Tańca i konferencje dot. edukacji, zebrać prelegentów, wysłuchać tak wielu wystąpień i wniosków, uzupełnić wiedze na temat środowiska. Niektóre osoby pierwszy raz zobaczyły sie nawzajem na oczy i mogły porozmawiać, zwłaszcza z niestykających sie ze sobą grup jak klasycy i współcześni. Ponadto udało sie w krótkim czasie stworzyć pare ciekawych projektów, które mają szansę z pożytkiem funkcjonować własnie dla środowiska (Scena dla tańca, portal, Myśl w ruchu, pomysły wydawnicze). A to przecież zaledwie maleńki poczatek na miare skromnych funduszy. Skład osobowy Instytutu (Departamentu tańca) nie ma tu nic do rzeczy, bo te raptem 3 osoby potrafią ogarniać temat na miare tych możliwości i jak widac na spotkaniach gromadzić przedstawicieli wszystkich rodzajów tańca. Gdyby obecność w instytucie osób związanych bardziej – jak piszesz – z teatrem niż tańcem – miała miec jakis skutek, to na pewno nie były by to chocby organizowanie konferencji na temat edukacji zawodowej, gdzie większość czasu było poświęcone szkołom BALETOWYM. I uwierz mi – bardzo trudno było przekonac dyrektorów szkół, aby przybyli, początkowo wyglądało, że nic z tego nie będzie. Nie zdążyłam jeszcze napisac wpisu o wnioskach z konferencji, ale już widze, ze kilka problemów Instytut wziął sobie na serio do serca i tam gdzie to możliwe będzie się starał doraźnie, a potem długofalowo interweniować. Tzn. występując z urzędowego poziomu zwracać się do władz, urzędników i decydentów o zmianę stanowiska, stworzenie możliwości rozwoju etc… w dziedzinie edukacji. Instytut może przede wszystkim skuteczniej lobbować niż pojedynczy twórca, tancerz lub nawet cała ich grupa.
    Liczę, że z czasem w Instytucie pojawią sie zarówno praktycy, jak i specjaliści od poszczególnych gatunków tańca – o ile będzie taka potrzeba i możliwość, na razie moge Cie zapewnić, że w miarę możliwości Instytut stara się prowadzić konsultacje w sprawach, na których pracownicy znają się słabiej – to oczywiste. Trudno oczywiście 3-osobowemu Instytutowi sprostać wszystkim potrzebom środowiska, zwłaszcza, że niektóre z nich są (na przykładzie Francji) nierealne nie tylko dziś, ale nawet w dalekiej perspektywie. To dopiero początek pracy (żeby nie użyć słowa „walki”), a mysle, że takie spotkania bardzo temu służą. Chocby i temu, że po 10tym spotkaniu być moze grupy do tej pory nierozumiejące sie nawzajem na tyle sie poznają, aby współpracować we wspólnym interesie. Instytut jest po to, aby działać w ramach systemu i wprowadzać weń świadomość istnienia tańca jako osobnej dziedziny sztuki, która wymaga wsparcia, jest po to aby rozmawiać na partnerskich warunkach z tymi urzędnikami, na których środowisko woli sie „obrażać”.

  5. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    I jeszcze o tym, ze w Instytucie są „teatrolodzy” – ano są teatrologami, bo właśnie w wyniku braków kadrowych, miejsc wyspecjalizowanych itd.mogli sie naukowo zajmować tańcem tylko w ramach wydziałów z teatrem w nazwie. O tym m.in. było dużo na konferencji – po to aby specjalista od tańca nie doktoryzował się „kątem” u teatrologów, muzykologów czy innych „-logów” potrzeba całej palety działań i wspierania wysiłków w celu wydzielenia refleksji nad tańcem jako osobnej dziedziny akademickiej.

  6. kot w butach pisze:

    Czy można będzie gdzieś zobaczyć/przeczytać jakieś sprawozdanie z tego kongresu? Ciekawią mnie te dyskusje, szczególnie jeśli przybyli dyrektorzy szkół baletowych.
    Czy był obecny pan Mirosław Różalski?

  7. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    tu program konferencji:
    http://imit.org.pl/news/577/57/Transmisja-z-konferencji-Edukacja-taneczna-w-Polsce-realia-i-wyzwania.html

    tak, był obecny dyrektor Różalski. Całość można było oglądać na żywo przez Internet, nie wiem, czy i kiedy będzie z tego jakies podsumowanie lub nagranie do odsłuchania, ja o podsumowanie postaram sie pokusić wkrótce

  8. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    kocie w butach – zapewne w przyszłości konferencję będzie można obejrzeć i odsłuchać tu:

    http://www.youtube.com/user/IMITpolska

  9. Chiaranzana pisze:

    Ja jestem teatrologiem, skończyłam studia w 2002 roku, i odkąd pamietam zawsze bylam uwazana z racji pasji tanecznej za cos w rodzaju kuli u nogi. I nagle tam gdzie jest instytut majacy sie zajmowac „szeroko” rozumianym tancem, zatrudnia teatrologow zamiast osob zajmujacych sie tancem i sztuka taneczna. Probuje zrozumiec ze dzis jest moda na zajmowanie sie wszystkim i bycie specjalista od wielu „rzeczy” ale chyba taniec wymaga czegos wiecej, tak mi sie wydaje i takie sa moje obserwacje. Ale to tylko moje osobiste zdanie, co bedzie dalej z kultura w Polsce – ja uwazam ze raczej marnie.

  10. Katarzyna Gardzina-Kubała pisze:

    Chiaranzana – nadal nie rozumiem sformułowania „zatrudnia się teatrologów” w odniesieniu do Instytutu .. i Tańca. Dyrektor departamentu tańca z poparciem środowiska tanecznego mianował Minister Kultury bo to ministerialny instytut, Joanna Szymajda to osoba,która od początku angażowała się w prace nad powstaniem instytutu i Otwarte Forum Środowisk Tanecznych wysunęło jej kandydaturę na szefa departamentu tańca. Julia Hoczyk tez jest specjalistką od tańca (co do niej pasuje określenie zatrudniona w Instytucie), atoże ową specjalizację taneczną otrzymała na wydziale teatrologii wynika z tego jedynie, ze jeszze do niedawna było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie teoretycy tańca mogli takowe prace badawcze i karierę naukowa robić. Wcześniej podobne specjalizacje można było od biedy tez czasem przepchnąć przez kulturoznawstwo lub polonistykę. Oczywiście wraz z rozwojem uczelni na których znalazł się kierunek taniec licze ze pojawi się więcej osób z wykształceniem tanecznym (teorii i wiedzy o tańcu), którzy będa mogli w takim Instytucie i innych tego typu placówkach reprezentować taniec. Chyba , ze w Twojej wypowiedzi chodzi o to, ze nie ma w Instytucie praktyków tańca- przypominam że praca w Instytucie to praca stricte biurowa :), i że na razie poza dyrektor departamentu tańca zatrudnione są tam 2 (słownie dwie) osoby. Wraz z rozwojem Instytutu i co daj Boże jego budżetu mam nadzieję, ze będzie tych pracowników i co za tym idzie działań Instytutu – coraz więcej.

    PS. Oczywiście, ze masz prawo do swojego subiektywnego zdania, każde zdanie osobiste siłą rzeczy jest subiektywne. Moje też 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*